Żuk a historia Polski

3
766
Fot. Rafał Wodzicki: Żuk pochodzący z Ochotniczej Straży Pożarnej Oświęcim na ul. Śniadeckich w Warszawie (w głębi podcienia pl. Konstytucji).Ulica historyczna przecież: to tędy wychodzili z Warszawy powstańcy w 1944 roku, tutaj moi kuzyni zamieszkali zamieniwszy się z Żydami zamykanymi w getcie na mieszkania, tutaj – przy ówczesnej ulicy Kaliksta pod numerem 8 – Maria Skłodowska-Curie zorganizowała w 1913 r. pierwszą pracownię radiologiczną w Warszawie, której była honorowym dyrektorem...

Swego czasu profesor mniemanologii stosowanej Stanisławski wygłosił wykład z cyklu O wyższości świąt Wielkiej Nocy nad świętami Bożego Narodzenia (bądź odwrotnie) poświęcony nysce, czyli furgonetce marki Nysa. Było tam o tym, że w razie konieczności załatwienia jakiejś sprawy pchnie się nyskę i po krzyku. Do naszych czasów dotrwały nieliczne nysy zabytkowe, ale w służbie ciągle bywają ich bliźniaki – żuki. Były one dłużej produkowane. Można je spotkać w czasie akcji gaszenia pożarów, ale też u rolników na polach czy przy ulicznych stoiskach. Jest to samo w sobie osiągnięciem niezwykłym, dorównującym sukcesowi słynnego żuczka – volkswagena. Warto więc zająć się tym samochodem.
Pamiętam jak dziś serię informacji o samochodach zamieszczanych parami w Horyzontach Techniki dla Dzieci. Ilustrowane były pięknymi rysunkami piórkiem. Raz taką parą (jeden pod drugim) były właśnie żuk i nysa. To zestawienie zapamiętałem: było to baaaaardzo dawno. Oba samochody powstały w sposób jedyny możliwy w jedynie słusznym ustroju: w oparciu o zespoły samochodu osobowego Warszawa, produkowanego na licencji radzieckiej pobiedy (zwycięstwo!). Były przez długi czas praktycznie jedynymi pojazdami tego typu – obok pickupa zrobionego z samej warszawy. Były też przedmiotem eksportu np. na Węgry (istotny element krajobrazu jak w Polsce!), albo do Egiptu, na którego żądanie powstała właśnie wspomniana wersja pożarnicza.
Żuki były produkowane przez Lubelską Fabrykę Samochodów (miały znak fabryczny z lubelskim koziołkiem i FSC Lublin). Fabryka ta była utworzona na bazie przedwojennej zbudowanej przez warszawską firmę Lilpop Rau i Loewensetein największą wtedy w Warszawie. Firma macierzysta została zniszczona po Powstaniu Warszawskim.
Ówczesna gospodarka nie była w stanie wytworzyć nowych modeli, jak to się działo wszędzie na świecie, a modernizacje miały charakter minimalny. O ile w nysie zmieniał się kilka razy przód i podniesiono dach, o tyle żuki pozostały prawie niezmienione, choć były różne odmiany. Ta w policji zwanej milicją służyły nysy, ale i były ambulansami sanitarnymi: żukom to się nie przytrafiało… One były furgonetkami, wozami pogotowi technicznych, straży pożarnej…
I wspomniałem historie związane z żukami. Było ich bardzo dużo, bo – jak nyski Stanisławskiego – pchało się je zawsze tam, gdzie była potrzeba załatwienia jakiejś sprawy. Są w wielu wspomnieniach. Oto żukiem, na łóżku polowym wstawionym na platformę, wieźliśmy harcerkę z obozu do szpitala nocą przez las! W świetle reflektorów migały drzewa, które kierowca – żołnierz z komandosów mijał z dużą prędkością. Z lasem też związane jest wspomnienie wycieczki na grzyby z mamy pracy … Na platformie ułożono deski jako ławki i zajechaliśmy do lasu. Żuk został na drodze ze mną w środku, bo nie chciało mi się zbierać. W pewnym momencie słyszę tętent i przez drogę przebiega… dzik. Wtedy jeszcze nie wchodziły one do miast, a nikt nie myślał o tym, że przecież ludzi tak się nie powinno wozić. Samochód był rzadkością i wszystko uchodziło.
Mały Modelarz – miesięcznik z wycinankami to była duża atrakcja wtedy: z kartonu można było zbudować modele prawdziwych pojazdów. I żuk też tam był: w szaro niebieskie paski, oczywiście.
Wielką zagranicą dla Polaków były Węgry, a szczególnie Budapeszt. Gdy mama tam pojechała – zrobiła dla mnie sporo zdjęć. Na nich warszawy, nysy i żuki! Naprawdę niesamowite wrażenie w tym eleganckim mieście. W ramach wymiany za węgierskie autobusy Ikarus… Taka była specjalizacja w Radzie Wzajemnej Pomocy Gospodarczej…
Kolej znowu miała swoje żuki i inne samochody w samochodowniach: tak nazwano zajezdnie samochodowe na wzór zajezdni taboru kolejowego – lokomotywowni. Żuki z napisem Samochodownia PKP stacjonowały często w lokomotywowniach, które obsługiwały. I takim jeździłem w delegacje do producentów części do lokomotyw. Szczególnie po szyby klejone „pancerne”, których produkcję w Polsce i próby uderzeniowe zorganizowałem, także dla śmigłowca Sokół. Dziś to rzecz banalna, bo w Polsce można kupić wszystko. Do lokomotyw zakłada się te szyby masowo: chronią maszynistę przed ciężkim nieraz poranieniem. Wtedy musiał nad tym pracować nasz żuk, bo w krajach realnego socjalizmu to była rzecz niedostępna. Po zdjęciu opończy wstawiano w hali huty szkła drewniane paki z szybami suwnicą. Przy okazji zwiedzaliśmy sobie Polskę, jadąc do Sandomierza czy gdzie indziej najładniejszymi drogami. Podsumowaniem było odwożenie próbnej kabiny śmigłowca żukiem do WSK Świdnik…. Dziś produkują tam helikoptery amerykańskie.
Żuki były głównym elementem krajobrazu bazarów, aż do czasu, gdy zaczęły być wypierane przez samochody zachodnie. Wśród nich można było zobaczyć także mercedesy, których jeden model był wyraźnie wzorowany na żuku!
Akurat zepsuła mi się pierwszy raz pralka automatyczna: ona też byłą przywieziona żukiem! Jest wspomnieniem po upadającej Niemieckiej Republice Demokratycznej. Ma w sobie już części zachodniej firmy Siemens! Kupiliśmy ją na ulicy – tak się rodził w Polsce kapitalizm. Przedsiębiorcy wystawiali swoje na chodniku w okolicach oficjalnych sklepów. W okolicy był zawsze jakiś żuk z kierowcą i zawoził kupioną rzecz do domu. Musiałem znów jechać z tym sprzętem „na pace”.
Prócz obsługiwania kolei podejmowano próby adaptowania żuka do jazdy po szynach. Zbudowano swego czasu – z dwóch żuków swego rodzaju mikrobus szynowy. Nawet w krajach „demokracji ludowej” lekkie pojazdy szynowe były masowo używane. Tak w Czechach jak i w NRD. W Polsce ciągle musiano wyważać otwarte drzwi m. in. w ten sposób. Okazało się także, że zbudowano żuka „dwudrogowego”, czyli takiego, który jako normalny samochód ma podnoszone rolki prowadzące do jazdy po szynach także.
Żuka spotkaliśmy na polu u stóp zamku w Czersku, gdy kolega zza granicy przyjechał na Euro 2012. Naprawdę był w dobrym stanie. Żuki rolników pojawiają się na warszawskich i nie tylko ulicach przy stoiskach z warzywami i owocami.
Dość niedawno zauważyłem zbieżność nazwy Żuk z przezwiskiem słynnego samochodu Volkswagen – beetle, którego produkcji długo nie można było zakończyć (podobnie jak żuka) i który zrobił karierę w Ameryce i był produkowany najdłużej w Meksyku. Nazwę żuk wymyślono w oparciu o jego wygląd – głębokie przetłoczenia wzdłuż nadwozia, w prototypie malowane w odpowiednie pasy. Mogło się to kojarzyć ze słynną stonką zrzucaną przez Amerykanów na biedną Polskę, z którą walczyła ideologia ówczesna.
Historia polskiej motoryzacji tamtych czasów to historia obchodzenia trudności. Historia rewitalizacji projektu przedwojennego w postaci stara, dzieło w postaci syreny i naprawdę dobry zmarnowany projekt autobusu San H-01. Historia kroków wstecz wymuszonych brakiem odpowiedniego potencjału gospodarczego. Historia pasjonowania się pojedynczymi zagranicznymi samochodami.
Na tym tle samochody Żuk to naprawdę zadziwiająca historia. Nie mogła się skończyć, bo pracę nad następcą, czyli lublinem (taka była marka przed i po żuku) były ograniczane przez brak środków finansowych. I tak żuki pozostaną w mej pamięci jako towarzysze całego mojego świadomego życia. Pozostaną też częścią historii Polski. W najtrudniejszych czasach ludzie próbują stworzyć coś dobrego! Jest też dowodem na to dlaczego tamten ustrój musiał upaść ile pracy przed Polską…
Rafał Wodzicki

Fot. Rafał Wodzicki. Żuk pochodzący z Ochotniczej Straży Pożarnej Oświęcim na ul. Śniadeckich w Warszawie (w głębi podcienia pl. Konstytucji).Ulica historyczna przecież: to tędy wychodzili z Warszawy powstańcy w 1944 roku, tutaj moi kuzyni zamieszkali zamieniwszy się z Żydami zamykanymi w getcie na mieszkania, tutaj – przy ówczesnej ulicy Kaliksta pod numerem 8 – Maria Skłodowska-Curie zorganizowała w 1913 r. pierwszą pracownię radiologiczną w Warszawie, której była honorowym dyrektorem (5 lat po uruchomieniu tramwajów elektrycznych w Warszawie, których tor jest tu do dzisiaj zachowany na pamiątkę). Kierownikiem był jej uczeń – Ludwik Wertenstein. Tablicę pamiątkową za to odsłonił noblista Józef Rotblat, który wyjechał z Warszawy tuż przed wybuchem wojny, co uratowało mu życie.

3 Komentarze

  1. Zuk, o ile paniętam, to silnik 2,2litra i jakieś 60 koni, albo mniej, a paka jak ciężarówka w USA. Na ławeczkach z desek to i 12 osób weszło i jechało. I jak tu porównać do tego auta amerykańskie. Mam Chrysler mini Van, małe ciasne, a silnik 3,3l i 150KM. A ciekawy jestem ile też Zuk palił na setke. Ile pusty , ile z ładunkiem. Jest jedna różnica, wtedy w Polsce jeździło sie po drogach 60 -70 km/h to i było dużo bezpieczniej. 100km/h to mało które auto wyciągneło, a jak nawet wyciągneło to nigdy sie nie jechało szybciej jak 70km, bo były przepały na benzynie. Lata 70te.

  2. I dziś widziałem tego żuka z Piaseczna, co na bazarek wielkogrochowski przyjeżdża codziennie. Dobrze utrzymany i sprawny. Piękna historia.

Skomentuj

Prosze wpisz komentarz!
Wpisz Imie: