Wybory w USA i w Polsce – cynizm i idealizm

1
379

kongres

Kiedy w USA zakończyły się mid-term election, czyli wybory półmetka, w Polsce ropoczęły się wybory samorządowe. Oczywiście, charakter tych elekcji był różny. Dla Polaków jednak, którzy mieszkają w USA i uczestniczą w wyborach po obu stronach, porównanie obu procesów politycznych jest ciekawym wyzwaniem.

Kampania polityczna w USA, oprócz wyraźnego podobieństwa do rywalizacji sportowej, przypomina ogromne estradowe widowisko, a więc coś, co jest atrakcyjne tylko w momencie trwania, a potem przemija i nie ma większego znaczenia dla ludzkiego życia. Emocje związane z wyborami są więc krótkotrwałe. Rozmach kampanii politycznych, ich widowiskowość, nie jest zupełnie przypadkowa i nie wypływa tylko z zamiłowania Amerykanów do kiczu i show biznesu. Otóż kampania jest przyciągająca, ponieważ rezultaty wyborów raczej są przewidywalnenie i nie zapowiadają większych zmian. Poprzedzające widowisko jest więc ważniejsze od samych wyborów, gdyż utrzymuje w społeczeństwie napięcie i zainteresowanie.

Względnie zamożne społeczeństwo, które rozwija się gospodarczo i ma zapewnione podstawowe wolności, nie pragnie drastycznych zmian. Bo i po co? System więc jest tak zaprojektowany, że poważniejsza zmiana jest niemożliwa. W amerykańskim Kongresie, który nigdy jeszcze nie był kontrolowany przez żadną partię dłużej niż 8 lat, istnieje wyraźne equilibrium. Raz niewielką przewagę zdobywa jedna partia, innym razem druga. Równowaga daje poczucie stabilności. Prowadzi jednak nieraz do bierności i niemocy. Wiele ustaw, które dawno powinny zostać uchwalone, nadal czeka w kolejce.

Po ostatnich wyborach Republikanie będą od przyszłego roku kontrolować Kongres, ale nadal istnieją dozwolone procedury krępujące ich ręce. Przykładowo, już tylko 41 senatorów spośród 100 ma prawo do zablokowania ewentualnej ustawy (filibuster). Ponadto, prezydent ma prawo weta i z pewnością będzie z niego korzystał przez następne dwa lata. Z uwagi na częstą ustawodawczą niemoc Kongresu, dużą popularnością cieszą się inicjatywy legislacyjne, organizowane w poszczególnych stanach w formie referendów na balotach wyborczych. Tym sposobem w kilku stanach całkowicie zalegalizowano  marihuanę (Kolorado, Oregon), jeszcze w innych podniesiono minimalną płacę (W San Francisco 15 dolarów na godzinę). Wreszcie istnieje dekret prezydencki, uchwalający prawo z pominięciem Kongresu. Barack Obama właśnie z tego prawa skorzystał, unieważniając groźbę deportacji dla niemal 5 milionów nielegalnych imigrantów.

Stosunek Amerykanów do polityki nie jest tak poważny, jak w Polsce. Wyrażane poglądy i sympatie polityczne nie są utożsamiane z wartością człowieka. Polityka, owszem, jest zajmująca, ale tylko na moment – ze względów pragmatycznych. Społeczeństwo wie,  że wybrani na urzędy politycy – ponieważ są finansowani przez ogromne firmy i korporacje – nie zawsze reprezentują elektorat. Rodzi to w społeczeństwie cynizm. Amerykanie więc nie zawsze głosują z powodów politycznych.

Jedyna metafora, która nasuwa mi się w odniesieniu do kampanii i wyborów w Polsce – to permanentna wojna domowa. Możliwość drastycznej zmiany politycznej powoduje ogromne zaangażowanie polskiego wyborcy. Emocje nie gasną wraz z ogłoszeniem wyników. Kampania polityczna i wybory to tylko etapy ważnej walki, która trwa nadal po zamknięciu urn. Nie ma tutaj analogii ze sportem i widowiskiem. Frekwencja wyborcza jest też wyższa niż w USA. Ogroma energia, z jaką toczy się codzienne boje polityczne w Polsce, wskazuje na silną wiarę Polaków w ideał państwa, rządu oraz moralnie perfekcyjnego przywódzcy. Idealizm w polskiej polityce zakłada istnienie dwu stron: dobrej – tej idealnej, oraz złej, z którą trzeba walczyć. Gdyż jeżeli istnieje perfekcyjny przywódca, to również obecna jest jego negacja – ktoś, kto nie jest Polakim, a tylko Polaka udaje, ktoś, kto jest zdrajcą i pragnie, aby jego naród utracił suwerenność. W odczuciu wyborcy stawka tej walki jest ogromna.

Wielu Polaków, również mieszkających w USA, nosi w sobie tęsknotę za społeczeństwem ideologicznie jednorodnym, ponieważ taka jedność zapewnia według nich poczucie bezpieczeństwa i gwarantuje idealne państwo. Idealizm Jarosława Kaczyńskiego czyni tę tęsknotę osiągalnym celem politycznym. Gdy ideał staje się celem, jego realizacja pogłębia społeczne podziały i zaognia konflikty. Stąd metafora wojny domowej. Dla idealistów zatem walka jest o wszystko; o przyszłość Polski, o to, czy będziemy suwerenym państwem, o to, czy Polacy nie staną się obywatelami drugiej, albo trzeciej kategorii, o to, czy Polska nie zostanie sprzedana, albo oddana obcemu mocarstwu itd.. Ktoś, kto jest przekonany, że jest na froncie takiej batalii, nie tylko obowiązkowo uczestniczy w wyborach, ale często jest gotowy walczyć na ulicy, podpalić samochód, albo tęczę, jest skłonny rzucić kamieniem w drugiego człowieka, albo będzie zagrzewać innych, aby to robili.

Idealizm polskich partii opozycyjnych nie nawołuje otwarcie do przemocy, ale ją dopuszcza przez sam fakt odmowy potępienia. Kiedy w imię idealnej przyszłości, poszanowanie własności publicznej i wolność drugiej osoby tracą swoje prawne i społeczne sankcje, ropoczyna się wojna domowa. W USA również można dopatrzyć się idealizmu w polityce, nawiązującego do mglistej historii. Społeczeństwo jednak zdecydowanie opowiada się za nadrzędnością prawa wobec ideału, nawet jeżeli jego część robi to ze zwykłego cynizmu.

Dariusz Wiśniewski/Radio Horyzonty

tekst ukazał się jednocześnie na portalu www.racjonalista.tv

 

 

 

 

1 Komentarz

Skomentuj

Prosze wpisz komentarz!
Wpisz Imie: