I nie będziesz debaty publicznej wszczynał

2
663

debataAmerykanie kochają debaty publiczne. Przykładowo, przez lata roztrząsano “islamistę Obamę”. Wielokrotnie sprawdzano jego metryki i świadectwa, potwierdzające miejsca urodzenia i nauki. Donald Trump, developerski moguł, opłacił nawet z własnej kieszeni zespół dochodzeniowy. Tropiciele ruszyli śladami niemowlęctwa i wczesnego dzieciństwa obecnego prezydenta, łącznie ze szpitalem na Hawajach, gdzie się urodził i szkołą w Indonezji, gdzie rzekomo miał przesiąknąć islamem. Przepytano wiekowe już dzisiaj pielęgniarki i nauczycielki. Nie dało rady. Myśl, że Obama jest islamskim “śpiochem”, wprawdzie nie umarła, ale racjonalna część społeczeństwa zesłała ją na margines. Jest tam nadal dyskutowana, ale bez wielkiego wpływu na życie polityczne kraju.

Rozważano też przeróżne wersje 9/11. Najbardziej żywotną okazała się ta, w którą zamieszany miał być Mosad. Drugą lokatę pod względem popularności zajmuje były prezydent George W. Bush, który wyreżyserował zamach wraz z arabskimi szejkami i CIA. Teorie te nadal rozwijają się, wzbogacane o kolejne szczegóły, teraz jednak już tylko na portalach internetowych. Temat ten, w odczuciu amerykańskiej opinii publicznej, został wyczerpany.

Opinia, która kształtuje się podczas debat ma nieraz siłę znoszącą poprawność polityczną, lojalność partyjną a nawet kościelną klątwę. Kiedy dwa lata temu Barack Obama przeforsował bezpłatne środki antykoncepcyjne dla kobiet, w USA podniosła się ogromna wrzawa. Najgłośniej protestował Kościół. Biskupi wystosowali list do Obamy, domagając się, aby decyzja została cofnięta. Rick Santorum, republikański polityk, określił propozycję (jeszcze wtedy nie była prawem) jako “zagrażającą bezpieczeństwu narodowemu”. Wydawało się, że ustawa zostanie pogrzebana. Rozpoczęła się burzliwa debata. Nieoczekiwanie Obama otrzymał ogromne wsparcie opinii publicznej, gdyż okazało się, że zakaz religijny dotyczący używania tych środków jest nieprzestrzegany nawet przez amerykańskie katoliczki. Protesty opuściły sferę publiczną tak szybko, jak się tam pojawiły.

Otwarta debata, jako narzędzie kształtowania opinii publicznej, stała się przez ostatnie 25 lat w Polsce niezwykle popularna. Każdy, kto chciałby zaznaczyć swój głos w dyskusji politycznej, ma do tego wiele sposobności. W USA opinia kształtowana jest przez społeczeństwo, a mówiąc dokładnie przez jego mainstreamową część, która potrafi (oczywście, nie zawsze) zmarginalizować niedorzeczne propozycje i ich adwokatów, zachowując jednocześnie zdolność nadawania ważności kwestiom istotnym dla społeczeństwa. W Polsce ta mainstreamowa część społeczeństwa nie jest jeszcze wystarczająco silna, skoro nieraz zupełnie na poważnie dyskutowane są propozycje absurdalne. Jeszcze kilka lat temu rozważano w Sejmie RP możliwość koronacji Chrystusa na króla Polski. Dzisiaj debatuje się też, czy Bronisław Komorowski nie jest szpiegiem Putina, a Donald Tusk kochankiem Angeli Merkel. Wśród polonusów debatowano fantastyczne propozycje związane ze Smoleńskiem. Spośród nich najciekawszą okazała się wersja spikerki radiowej, Łucji Śliwy, która dwa dni po katastrofie stwierdziła publicznie, że według niej były dwa samoloty. Jeden został uprowadzony gdzieś na syberii i tam dokonano egzekucji, a drugi – pusty, został roztrzaskany pod Smoleńskiem. Potem dowieziono szybko ciała. Powoli jednak takie propozycje zostają uznane przez większą część społeczeństwa jako niedorzeczne.

Znacznie gorzej od świata polityki jest w sferze obyczajowości, gdzie istnieje silny mechanizm religijny utrudniający swobodną rozmowę. Miał rację profesor Jan Hartman, kiedy powiedział ostatnio, że związki kazirodcze domagają się dyskusji w aspekcie prawnym, moralnym i zdrowotnym. Radio Maryja zaraz podało, że Jan Hartman chce legalizacji tych związków, co jest nieprawdą, gdyż w Polsce nikt nie chce legalizować kazirodctwa (według sondaży tylko 6 procent). Kościół katolicki w Polsce unika konfrontacji na ten temat głównie z tego powodu, że religijny zakaz, którym objęte są te związki, ma niewiele wspólnego z jego aspektem prawnym czy zdrowotnym. Może się więc okazać, że najbardziej potrzebna jest edukacja, a nie zakaz. Ale najpierw potrzebna jest debata, która uświadomi ludziom konsekwencje kazirodctwa za życia, a nie po śmierci.

Debata publiczna na temat obyczajowości, zwłaszcza związana z seksualnością człowieka, jest dla Kościoła zagrożeniem. Wynika to z samej definicji debaty, która zakłada racjonalność argumentu. Co więcej, debata zmusza drugą stronę do równie racjonalnej odpowiedzi. Siła edukacyjna takiej wymiany jest ogromna. Ale najważniejszy jest efekt debaty, osłabiający zwierzchnictwo Kościoła nad ludzką seksualnością. Gdyż zakaz obyczajowy – gdy nie można go publicznie kontestować – jest zawsze formą kontroli nad społeczeństwem. Jego siła tak długo zachowuje swoją moc, jak długo człowiek nie rozumie przedmiotu tego zakazu.

Debacie obyczajowej przeciwstawia się w Polsce nie tylko Kościół, ale również wielu wiernych (nie wszyscy wierni i nie każdy ksiądz). Dzieje się tak dlatego, że obyczaj oparty na zakazie i nakazie – ponieważ nigdy nie był szeroko debatowany – jest mylnie utożsamiany z ludzką moralnością. Aspekty prawne czy zdrowotne związków kazirodczych są więc ogółowi społeczeństwa mało znane. Obowiązuje tylko religijny zakaz, jako przestroga przed popełnieniem grzechu. Tym sposobem zakaz awansował do rangi wartości. Gdy zatem teraz ktoś inicjuje dyskusję na temat praw homoseksualistów, seksu wśród dzieci, przemocy domowej czy rzekomych zagrożeń związanych z genderyzmem itp. część społeczeństwa odbiera to jako atak na chrześcijańskie wartości, albo próbę przemycenia obyczajowej rozwiązłości.

Zdrowe społeczeństwo powinno mieć siłę, aby odrzucić absurdalną myśl, która jest szkodliwa i powoduje niepotrzebne napięcia w społeczeństwie; powinno mieć też odwagę zakwestionować obyczajowy zakaz, chociażby po to, aby zrozumieć jego sens. Publiczna dyskusja może sprostać temu zadaniu. Nie każde jednak społeczeństwo jest gotowe, aby ją wszcząć, ale każde powinno być do tego zdolne.

 

zdjęcie: jejświat.pl

powyższy teskt ukazał w nieco zmienionej formie na portalu racjonalista.tv

Dariusz Wiśniewski/Radio Horyzonty

 

 

 

2 Komentarze

  1. Problem, że nic z tego nie wynika. Co z tego, że Donald Trump badał przeszłość Obamy, jaki jest związek tego faktu z prof. Hartmanem. Pana problem panie autorze polega na tym, że nie wszywscy myslą tak jak Pan. We wtorek w Ameryce wybory, to jest wazniejsze, a Pan piszesz o rzeczach dziesięciorzednych. Bedłkoczesz pan, ztego nic nie wynika, nie ma żadnego wniosku.

    • To jakiś problem, że Autora, że nie wszyscy myślą jak on? Rzeczy dziesięciorzędne to właśnie te najistotniejsze, bo diabeł tkwi w szczegółach. Bełkotem nazywa się często rzeczy nierozumiane… Znam to.

Skomentuj

Prosze wpisz komentarz!
Wpisz Imie: