Nachalność didaskaliów

2
88
TVN: rozmowy zdalne...

Coraz powszechniejszym zjawiskiem jest posługiwanie się didaskaliami tak jak tekstem głównym. Ma to świadczyć o grzeczności mówiącego wobec rozmówców. Staje się to bardzo nachalne i powoduje straty energii oraz drogiego czasu antenowego. Przecież zajmuje istotną część programu – radiowego, telewizyjnego czy też np. konwencji partyjnej.

Swego rodzaju rytuałem stały się rozwlekłe powitania na antenie, choć wiadomo, że dziennikarz się przywitał poza anteną, albo też gość był powitany inaczej. Witam pana profesora, lub prezydenta ze strony dziennikarza powoduje – u większości gości witam pana redaktora, witam państwa. Jakby redaktor nie był częścią widzów, w imieniu których działa. Bywają też rozważania czy rozmówcy są na pan czy na ty i czy będą to ukrywać. Rozmowy zdalne, szczególnie w czasach koronawirusa są szczególnie śmieszne, bo występuje opóźnienie odpowiedzi, a pan redaktor czeka uprzejmie aż rozmówca mu odpowie, najczęściej dzień dobry panu, dzień dobry państwu. Są rozmówcy czekają specjalnie na tę chwilę, kiedy będą mogli wygłosić tę obsesyjną formułkę. Niektórzy, co prawda starają ograniczać, bo przecież pan redaktor jest częścią widowni i wystarczy zwykłe dzień dobry, albo wręcz skinienie głową, ale rytuał trwa.

W trakcie rozmowy np. „pan profesor” pada co dwa słowa: panie profesorze, ale czy pan profesor myśli, że pan profesor ma rację? Pan prezydent podjął decyzję, że pan prezydent będzie współpracował z panem premierem, a ten z państwem (!!!!) ministrami. Jest to wręcz niezgodne z zasadami redakcji, gdzie powtarzanie tych samych słów jest po prostu nieznośne. Nawet jeśli wystąpi potrzeba takiego powtórzenia – stosuje się synonimy czy inne sposoby uniknięcia powtórzenia dosłownego. Dlatego też niepoprawne jest mówienie o podleganiu pod, gdyż samo powtórzenie partykuły pod jest niedopuszczalne. Poprawna forma to podlega komu? czemu? wykluczająca potrzebę powtórzenia. Po prostu rekcja…

Niesłychane znaczenie ma pozorna grzeczność i wmawianie tym, co się tym nie przejmują niegrzeczności. Chorobliwe panowanie i paniowanie przybiera monstrualne rozmiary. Okazuje się, że posiadanie przez ludzi najwyższych tytułów nie ma specjalnego znaczenia. Nie wystarczy powiedzieć prezydent, ale jeszcze pan i profesor, choć nawet profesorem nie jest. Trafia to nawet na tablice pamiątkowe, gdzie nie wystarczy prezydent Rzeczypospolitej Polskiej, ale musi być jeszcze profesor i to jeszcze w sposób niepoprawny, aby tylko zwiększyć znaczenie.

W czasie różnych zlotów partyjnych i innych imprez, wodzirej co chwila prosi kogoś o zabranie głosu zamiast go po prostu zapowiedzieć: teraz przemówi przewodniczący Iksiński. Przecież nie trzeba go prosić o łaskę wystąpienia, bo po to przyszedł, by wystąpić.

Ostatnio wystąpiło nowe zjawisko: już Polacy nie oznacza Polaków obu płci, ale trzeba wkoło powtarzać Polki i Polacy, co z kolei jest sprzeczne z wymaganym przez to same osoby równouprawnienia: kobiety zawsze muszą być na przedzie. Jasne, że zawsze się mówiło Panie i Panowie, ale jest też forma Państwo, której nie ma w innych językach. Tam trzeba powiedzieć zawsze Medames et Messieurs etc., bo taka jest konstrukcja danego języka. Trzeba jednak pamiętać, że formy gramatyczne nie wynikły z wyjątkowej złośliwości mężczyzn wobec kobiet.

Po prostu jeśli są dwie płcie to musi jakaś forma dominować i nie da się tak prosto tego przesterować bez śmieszności. Jasne, że pozycja kobiet nie była ta sama, co mężczyzn, ale wynikało to z konstrukcji świata, potrzeb gatunku i ograniczeń nawykowych. Oczywiście, że mamy teraz możliwość równouprawnienia, ale nie wymaga to tworzenia figulasów językowych jak chirurżka. Są języki gdzie w ogóle takich form nie można utworzyć. Np w węgierskim w ogóle nie ma rodzajów gramatycznych.

Jakby policzyć ile na to poszło pieniędzy… Przecież wszędzie liczy się straty tego, typu, a od wieków znane jest powiedzenie, że kropla drąży skałę. Ludzie nie zdają sobie sprawy z ważności drobiazgów jeśli te są bardzo liczne. Także z tego, że sami za to płacą.

Jeśli dopisać do tego straty związane z przekrzykiwaniem się (ja panu nie przerywałem!), któremu redaktor nie umie zapobiec, nieraz całe audycje idą na straty, razem z czasem ich uczestników, bo nikt nie wie czego chcą. Ciekawe, że redaktor, który umie panować nad rozmówcami jest często dyskredytowanie za „wchodzenie w słowo” (często za wejście w słowo przepraszają). Naprawdę wchodzenie w słowo nie jest tym samym co agresywne przerywanie w celu zakrzyczenia rozmówcy. Dobra rozmowa polega także na współpracy rozmówców, którzy wzajemnie nawiązują do swoich wypowiedzi – także wchodząc w słowo. Nie ma być to zestaw monologów.

Tak więc może postaramy się nawzajem szanować, ale bez przesady. Do tego nie są wymagane rozbudowane figury retoryczne. Wystarczy zwykły rozsądek.

RAFAŁ WODZICKI, ekspert eksploatacji

2 Komentarze

  1. Ciekawym widowiskiem są posiedzenia sejmu gdzie posłowie, mając minutę na wypowiedź zaczynają od obszernej inwokacji: panie marszałku, wysoka izbo, panie i panowie posłowie (to wszystko nie Wysoka Izba?). Do tego dodają wtręty typu: mam zaszczyt przedstawić coś tam, moje pierwsze pytanie dotyczy tego i tego (długi tytuł), moje drugie pytanie dotyczy… Potem się dziwią, że im wyłącza ten szanowny pan marszałek mikrofon, bo czas się skończył. O nic się nie uczą nigdy, co to jest dyscyplina wypowiedzi!

Skomentuj

Prosze wpisz komentarz!
Wpisz Imie: