Lech Kaczyński: pytania bez odpowiedzi

0
147


Prawo i Sprawiedliwość przedstawia się, jako partia antykomunistyczna. Tymczasem prawda jest taka, iż głęboko tkwi ona w systemie komunistycznym.  Popatrzmy choćby na Lecha Kaczyńskiego. Po ukończeniu studiów prawniczych w Warszawie, Lech Kaczyński, otrzymał posadę asystenta profesora na Uniwersytecie w Gdańsku. Wydział prawa swoją siedzibę miał w Sopocie. Lech Kaczyński luźno związał się z opozycją demokratyczną, broniąc przed Kolegiami Pracy, robotników zwolnionych z pracy, za udział w strajku, w czerwcu 1967 roku. W Gdańsku strajkowało wiele zakładów, w tym Elektromontaż, którego pracownikiem był wówczas Lech Wałęsa, także zwolniony z pracy. Kaczyński oczywiście przegrywał wszystkie sprawy, przekonując się o tym, iż w realnym socjaliźmie prawo pracy, którym się zajmował, tak naprawdę nie istnieje.

Był luźno związany z grupą, która potem stworzyła tak zwane Wolne Związki Zawodowe. Pomysłodawcą stworzenia tej instytucji był Krzysztof Wyszkowski.

W Sierpniu 1980 roku, po rozpoczęciu strajku, Lech Kaczyński został ekspertem, Komitetu Strajkowego, miał zajmować się prawem pracy i zagadnieniami z tym związanymi. Była to dziwna sytuacja, gdyż szef Lecha Kaczyńskiego, profesor Jackowski był ekspertem strony rządowej, a jego podwładny Lech Kaczyński Komitetu Strajkowego.

Jak pamiętacie w wyniku strajku, w Porozumieniu Sierpniowym zapisano punkt, o podniesieniu wynagrodzeń robotników, o jedną grupę.  W tym momencie nikt zaś nie wiedział, iż to koszmarny błąd, o czym przekonać mieliśmy się, w ciągu kilkunastu dni, po podpisaniu porozumienia strajkowego. Powinien o tym wiedzieć Lech Kaczyński, wszak podobno, specjalista od prawa pracy. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że akurat wygasa ważność wielu zbiorowych układów pracy. Przez Polskę ruszyła wielka fala negocjacji poszczególnych branż. Oczywiście każda branża twierdziła, iż to im, należy się najwyższa podwyżka. Gdy chodziło o pieniądze, które i tak nie miały żadnej wartości, kończyła się solidarność Polaków.  Ludziska z Solidarności, mając gęby wypchane sloganami o sprawiedliwości dziejowej, gdy chodziło o dwie stówy i tak nic nie warte, skakali sobie do oczu, że hej!

Dopiero powstawała struktura organizacyjna związku, związek dopiero się tworzył, a tutaj trzeba było koordynować rozmaite negocjacje na szczeblu krajowym, rzecz jasna wszystkie zawody czuły się poszkodowane, i co chwila groziły strajkiem. Jakoś opanował ten chaos, mój kolega ze  studiów, Ireneusz Gust, zajmujący się w Biurze Krajowym Związku, sekcjami branżowymi. Teoretycznie specjalistą od tych układów powinien być Lech Kaczyński, pokazał on się w siedzibie Solidarności, raz czy dwa, ale tak naprawdę, to  w momencie, kiedy najbardziej był potrzebny, wycofał się, zajmując się swoją karierą zawodową.  Zdając sobie sprawę, iż Solidarność może nie przetrwać, postanowił w ekspresowym tempie, wykorzystując koniunkturę, napisać pracę doktorską. Moi koledzy historycy, poświęcali  kilka lat na napisanie doktoratu, tymczasem Lech Kaczyński, w kilka miesięcy napisał doktorat, który był stekiem bredni.  Patrzyłem na tę pracę, która mogła być co najwyżej referatem semestralnym, z niesmakiem. Nie mogłem zrozumieć, iż został on doktorem w takim tempie, w ciągu kilku miesięcy.

Pamiętam – Kaczyński puścił do mnie oko, mówiąc

– No wiesz, musiałem tam wspomnieć Marksa, i Lenina. Zdziwiony byłem,  gdyż na tym uniwersytecie nikt nie wymagał składania pokłonów ikonom komunizmu. Wręcz przeciwnie. W archiwum IPN znajdziemy dziesiątki raportów, o tym, iż pracownicy UW, nie chcą współpracować, w ogóle są oporni, jeszcze chronią tych opozycjonistów.

Tymczasem doktorat Kaczyńskiego był bełkotem, dotyczącym roli klasy robotniczej w ustroju kapitalistycznym.

Kaczyński odkrywczo pisał: „ Podstawowym motorem ochrony pracy, a właściwie całego prawa pracy w państwie kapitalistycznym, była walka klasowa proletariatu. Społeczeństwo socjalistyczne, jak wiadomo, cechuje brak antagonistycznej sprzeczności między pracą a kapitałem”. Cytat za Muzeum IV RP.

Oczywiście w internecie znajdziecie dziesiątki innych, rozmaitych odkrywczych cytatów z tej „genialnej” pracy. Prawda była taka, iż  Lech Kaczyński w nosie miał Solidarność, mogło się walić i palić, on sobie pisał swój dziwny doktorat. W Solidarności Kaczyński pojawił się raptem kilka razy, a potem zobaczyłem go, gdy przywożono nas do Strzebielinka.

– Kiedyś mu to wygarnąłem, mówiąc, iż zostawił nas po zakończeniu strajku, zupełnie na pastwę losu.

– No wiesz, – mówił mi w celi, musiałem też zadbać o siebie, licząc się z tym, że to się źle skończy.

– Ale wiesz, to był straszny egoizm – odparłem

– Spuścił głowę, dodając, tak, to był egoizm, ale i tak dobrze dawaliście sobie radę.

– Ale byłem naiwny – pomyślałem sobie.

  Andrzej Jarmakowski

Skomentuj

Prosze wpisz komentarz!
Wpisz Imie: