Janusz Paszyński: przemówienie na Uniwersytecie Warszawskim przy tablicy Krybara

3
353
Fot. archiwum: Generał Stanisław Nałęcz-Komornicki i prof. Janusz Paszyński po pół wieku znowu obok siebie – w Bibliotece Wojskowej przy ul. Ostrobramskiej.

1 sierpnia 2010 r.

Magnificencjo! Szanowni państwo! Koleżanki i koledzy!

Jak co roku zbieramy się, my – żołnierze Krybara, w tym szczególnym miejscu, na Uniwersytecie. Zbieramy się tu, przy tej pamiątkowej tablicy, aby uczcić pamięć naszych koleżanek i kolegów, jacy tu walczyli, przelewali krew i polegli w krwawych bojach, ale także i tych, co na zawsze odeszli już na wieczną wartę.

Jak głosi ta oto tablica, oddziały Krybara trzykrotnie próbowały opanować teren Uniwersytetu. Trzecią i ostatnią próbę jego zdobycia podjęto w sobotę, 2 września już po upadku Starego Miasta. Tego dnia pomagałem jeszcze kolegom ze Starówki przy ich wychodzeniu z kanału na rogu Nowego Światu i Wareckiej; niektóre z tych staromiejskich oddziałów skierowano zresztą do nas, na Okólnik. Nazajutrz zaś, w niedzielę 3 września, rozpoczął się generalny szturm na Powiśle. Niemcom zależało bowiem na jak najszybszym odsunięciu powstańców od brzegów rzeki i dlatego furor teutonicus zwrócił się teraz przeciwko naszej dzielnicy.

Przez dwa dni plutony drugiej kompanii III zgrupowania, dowodzonej przez por. „Leonowicza” – w tym także i mój pluton por. „Kazika” – z wielkim trudem odpierały powtarzające się kilkakrotnie ataki od wiaduktu kolejowego na nasze stanowiska przy ulicy Czerwonego Krzyża, a wkrótce też i natarcia z drugiej strony, od ulic Lipowej, Radnej i Zajęczej. Aż wreszcie oddziały Krybara, bezustannie atakowane ze wszystkich niemal stron, spychane na coraz mniejszą przestrzeń, zagrożone całkowitym odcięciem od reszty powstańczej Warszawy, otrzymały tamtego tragicznego dnia 6 września rozkaz wycofania się z dolnej części Powiśla. Dla III zgrupowania jedyną drogą odwrotu pozostał odsłonięty teren ogrodów Zakładu Świętego Kazimierza, stale ostrzeliwany z cekaemów, granatników i moździerzy z wiaduktów kolejowego i Poniatowskiego. Naszemu plutonowi por. „Kazika” udało się jakoś przebyć tę przestrzeń bez strat. Dotarliśmy do płonącej ulicy Szczyglej, a stamtąd na Foksal, nazywający się wtedy Pierackiego. Tutaj, jeszcze przez pewien czas broniliśmy się na stanowiskach wzdłuż skarpy, stromo opadającej w dół na tyłach pałacyku Zamoyskich, zwanego w czasie postania placówką Żaba. Wreszcie i tę pozycję trzeba było opuścić wobec zagrożenia przez niemieckie natarcie, posuwające się wzdłuż ulicy Kopernika od strony Tamki i Ordynackiej.

Dowodzący tylną strażą III zgrupowania por. „Leonowicz” rozkazał naszemu plutonowi obsadzić barykadę na Pierackiego przy wylocie Kopernika. Mój dowódca, por „Kazik”, zostawił nas, trzech żołnierzy na tej barykadzie – jednym z nich był kapral „Longinus”, Tadeusz Trzebiatowski – a resztę swoich ludzi rozmieścił na stanowiskach w sąsiednich domach po obydwóch stronach ulicy. Domach co trochę burzonych i zapalanych przez pociski „krów”. My trzej, którzyśmy zostali na barykadzie, byliśmy niestety słabo uzbrojeni, podobnie zresztą jak i cały nasz pluton: mieliśmy tylko cztery granaty konspiracyjnej produkcji, tak zwane filipinki, i tylko dwa pistolety z niewielką ilością „pestek” do tych „gnatów”, tak że w razie niemieckiego ataku byliśmy niemal bezbronni.

Wtedy to podbiegło do nas dwóch żołnierzy – po ich panterkach poznałem, że przyszli ze Starego Miasta. Jedne z nich, z przewieszonym przez pierś peemem, zwrócił się do mnie:

– No chłopaki, możecie się stąd wynosić. Teraz my przejmujemy tę barykadę.

Zdziwiony zapytałem:

– Zaraz! Chwileczkę! Coś ty za jeden? Kto ty jesteś?

– Jestem kapral podchorąży „Nałęcz” z batalionu „Bończa”.

– A ja jestem kapral podchorąży „Machnicki” ze zgrupowania Konrad i twoich rozkazów słuchać nie muszę.

– To jest rozkaz majora „Roga”.

– Nie wiem nic o żadnym rozkazie majora „Roga”. Moimi dowódcami są porucznik „Kazik” i Porucznik „Leonowicz” i tylko oni mogą mi rozkazywać.

Zanosiło się już na jakąś grubszą drakę, ale napiętą sytuację w pewnym stopniu rozładował drugi z tych „starówkarzy” mówiąc:

– My was przecież nie wyganiamy, możemy tu być razem, będzie nam nawet raźniej…

– Oczywiście, zostaniemy tu, póki się sprawa nie wyjaśni.

W duchu zaś ucieszyłem się, że przybywa nam odsiecz w postaci dwóch dobrze uzbrojonych żołnierzy; po chwili zresztą pojawił się jeszcze jeden. Wkrótce też okazało się jak bardzo pomoc ta była potrzebna. „Nałęcz” zdążył mi tylko opowiedzieć, że po przyjściu ze Starówki jego oddział znalazł się na Okólniku, że poprzedniego dnia bronił stanowisk na ulicy Zajęczej i stamtąd właśnie został przerzucony na Foksal, kiedy od pałacyku Zamoyskich odezwał się karabin maszynowy, siekąc seriami po naszej barykadzie. Po chwili też ukazali się i Niemcy posuwający się w naszym kierunku po obydwu stronach ulicy i strzelający w naszą stronę. „Nałęcz” dopuścił ich na odległość kilkudziesięciu kroków i dopiero wtedy przejechał się po nich celną serię ze swojego peemu, kładąc kilku z nich. Do nas zaś krzyknął:

– Granatami w nich! Oni są tam, za tym płotem.

Odbezpieczyłem swój granat i rzuciłem go we wskazanym kierunku, ale nie wiem, czy przeleciał nad tym płotem, czy też rozerwał się się jeszcze przed nim, bo odległość była dośc znaczna, co najmniej kilkanaście metrów, a w całym tym zamieszaniu, w huku, kurzu, dymie i ogniu trudno było cośkolwiek pewnego stwierdzić czy nawet zobaczyć. W każdym razie ten atak jakoś odparliśmy – Niemcy wycofali się i chwilowo więcej nie pojawili. Natomiast zjawił się cały pokryty pyłem porucznik „Leonowicz” i zachrypniętym głosem kazał nam, żołnierzom „Kazika”, pomóc w przenoszeniu rannych w stronę przejścia przez Nowy Świat. Krzyknąłem tylko do „Nałęcza”:

– Kolego! Schodzimy stąd!

– Dobrze, damy sobie radę i bez was.

Było już ciemno, kiedy przeczołgaliśmy się przez Nowy Świat z Pierackiego (tak okresowo nazywała się ulica Foksal – RW) na Chmielną, pod wątpliwą osłoną niskiej barykady, stale niszczonej przez niemiecki ogień z pobliskiego gmachu BGK, w alejach Jerozolimskich.

Po drugiej stronie Nowego Światu kazano nam przejść na ulicę Szpitalną, gdzie mieliśmy dostać jakieś kwatery. Nasz pluton ulokowano w kamienicy wychodzącej z jednej strony na ulicę Zgoda, a z drugiej na Szpitalną, na parterze w restauracji Salis. Zanim jednak zdążyliśmy się tam rozlokować i nieco odsapnąć po ciężkich przejściach tego tragicznego dnia, wpadł do tej salki tenże kapral podchorąży „Nałęcz”, poszukując rannych kolegów ze swojego oddziału. Wtedy to widziałem go podczas powstania po raz ostatni i po raz ostatni przez chwilę z nim wówczas rozmawiałem. Zdążył mi tylko powiedzieć, że przy przejściu przez Nowy Świat poległ jego dowódca, rotmistrz „Bończa”.

Dopiero po kilkunastu latach dowiedziałem się więcej szczegółów o „Nałęczu”. Było to w Wietnamie, w 1957 roku, gdzie znalazłem się jako uczestnik polskiej wyprawy Międzynarodowego Roku Geofizycznego; w jej skład wchodził także inżynier Mieczysław Teisseyre.Z nim to zupełnie przypadkowo zgadaliśmy się, że obydwaj braliśmy udział w powstaniu i że należał on do oddziału dowodzonego właśnie przez kaprala-podchorążego „Nałęcza”, Stanisława Komornickiego. Od niego też dowiedziałem się, że po wyjściu z Powiśla „Nałęcz” przeszedł ze zgrupowaniem „Radosława” na Czerniaków, że przepłynął trzykrotnie Wisłę i że następnie znalazł się w I Armii Wojska Polskiego i brał udział w bojach o Wał Pomorski, o Kołobrzeg i o Berlin…

A osobiście z – już wtedy generałem – Nałęcz-Komornickim spotkałem się ponownie znacznie później, na jakiejś uroczystości na Zamku – było to chyba w pięćdziesiątą rocznicę Powstania. Podszedłem wtedy do niego, przedstawiłem się i przypomniałem nasze wspólne powstańcze przygody na Foksal. Wyraźnie się ucieszył, chyba nawet trochę się i wzruszył, uścisnął mnie i powiedział:

– Proponuję, żebyśmy byli ze sobą na „ty”, tak jak wtedy na tej barykadzie.

– Nigdy bym nie śmiał. Jak by to wyglądało, żeby porucznik zwracał się do generała po imieniu?

– Wobec tego generał rozkazuje porucznikowi, żeby właśnie tak się do niego zwracał.

– Ha, jeżeli to rozkaz, to niech tak i będzie…, chociaż wtedy na Foksal, kiedyśmy się poznali, powiedziałem ci, że twoich rozkazów słuchać nie muszę, mógłbym więc to samo i powtórzyć i teraz.

Od tej pory spotykaliśmy się wielokrotnie. Czasami w miejscach, z którymi byliśmy obydwaj w ten czy inny sposób związani, jak na przykład w Wytwórni Papierów Wartościowych na Nowym Mieście, w które zdobyciu „Nałęcz” brał udział, a obok której w latach okupacji przechodziłem codziennie w drodze do szkoły, położonej niemal naprzeciwko na Konwiktorskiej. Albo przy tak zwanym Domu Profesorskim na Brzozowej, bohatersko bronionym przez oddział „Nałęcza” w końcowych dniach walk o Stare Miasto, a w którym to domu bywałem przed powstaniem u mieszkającego tam profesora Lencewicza, wybitnego uczonego i geografa, kiedy pod jego kierunkiem rozpoczynałem studia geograficzne na tajnym wówczas Uniwersytecie Warszawskim.

Spotykaliśmy się też na różnych rocznicowych obchodach i uroczystościach: tu, na Uniwersytecie, przy tablicy 36 pułku Legii Akademickiej, w Muzeum Powstania Warszawskiego, w Centralnej Bibliotece Wojskowej, czy też na koleżeńskich zebraniach w Światowym Związku Żołnierzy AK, na Zielnej bądź na Koszykowej.

W rozmowach Generał często wracał do powstańczych przeżyć. Okazało się też, że obydwaj byliśmy żołnierzami 124 pułku piechoty, wprawdzie nie tego samego, ale o tej samej numeracji. Ja – będąc w 1939 roku uczniem IV klasy gimnazjum im. ks. Jana Długosza we Włocławku należałem już do Przysposobienia Wojskowego i na naramiennikach swojej pewiackiej bluzy dumnie nosiłem cyfry stacjonującego we Włocławku 14 pułku piechoty, w któremu nasz hufiec podlegał. On natomiast znalazł się w 14 kołobrzeskim pułku piechoty, w którym dowodził plutonem moździerzy, i z którym przebył cały jego szlak bojowy aż do Berlina.

Dumny też był Generał z syna Tomka, geografa tak jak i ja, mojego kolegi z Instytutu Geografii PAN, z jego naukowych sukcesów, z jego licznych kontaktów z zagranicznymi instytucjami i uczonymi…

Po raz ostatni widziałem się z generałem „Nałęczem” po południu w czwartek 8 kwietnia, w warszawskiej katedrze, na mszy świętej za porucznika „Szczerbę” i na promocji świeżo wydanej wspomnieniowej książki tegoż „Szczerby” o jego powstańczych przeżyciach na Starym Mieście, na Powiślu i w Śródmieściu. W dyskusji głos zabrał również generał Nałęcz, wspominając boje o katedrę i w samej katedrze, ale też i walki na Powiślu oraz obronę owej barykady na Foksal. Dodał przy tym, że najgorsze w powstaniu chwile przeżywał kiedy ludzi ogarniać zaczęła panika, jak to się stało na Starym Mieście pod sam koniec jego obrony, przy wchodzeniu do kanału, czy też właśnie na Foksal, przed przejściem przez Nowy Świat. Przy pożegnaniu umówiliśmy się na dłuższą rozmowę za tydzień, by porównać nasze wspomnienia z tym, co napisał w swej książce „Szczerba”.

Niestety… Po niecałych dwóch dniach, w sobotę rano 10 kwietnia, usłyszałem tę porażającą wieść o tragedii, jaka rozegrała się w podsmoleńskim lesie, kiedy to okrutny los jak gdyby chciał dopisać do katyńskiej listy dalszych 96 nazwisk… Wśród nich, z bólem w sercu usłyszałem nazwisko kanclerza kapituły orderu wojennego Virtuti Militari, generała Nałęcz-Komornickiego, a zaraz potem także druha Ryszarda Kaczorowskiego, ostatniego prezydenta Rzeczypospolitej na uchodźstwie. Wszak to jego poprzednikowi, pierwszemu prezydentowi urzędującemu na obczyźnie, jako najwyższemu zwierzchnikowi sił zbrojnych, składaliśmy przysięgę, wstępując w szeregi Armii Krajowej – my ostatni żołnierze Drugiej Rzeczypospolitej….

A dziś, kiedy za chwilę minutą milczenia uczcimy pamięć naszych kolegów od Krybara, pomyślmy też o kapralu-podchorążym „Nałęczu”, wprawdzie należącym do innego zgrupowania, ale który wraz z nami ramię przy ramieniu bronił naszych barykad i naszych stanowisk na powiślańskich uliczkach.

JANUSZ PASZYŃSKI, pseudonim „Machnicki”

Posłowie: Profesor Janusz Paszyński to przyjaciel mojego ojca z gimnazjum Długosza we Włocławku. W Warszawie znalazł się jako wysiedlony z „Leslau an der Weichsel”, które znalazło się w „Warthegau”. Po zwolnieniu z Pawiaka (miał 19 lat) przechodził kwarantannę odizolowany od struktur konspiracyjnych. Tuż przed Powstaniem wezwano go jednak do służby w zgrupowaniu Konrad grupy bojowej Krybar, która walczyła na Powiślu, o Elektrownię i Uniwersytet. To Krybar zbudował m. in. samochód pancerny Kubuś. Po wojnie Profesor pracował tam gdzie walczył.

W miejscu, gdzie spotkał się z Nałęczem w czasie Powstania dziś trwa walka o słynne wydawnictwo PIW, planuje się remont dwóch kamienic i przetaczają się tłumy ludzi…

Fot. archiwum: Generał Stanisław Nałęcz-Komornicki i prof. Janusz Paszyński po pół wieku znowu obok siebie – w Bibliotece Wojskowej przy ul. Ostrobramskiej.

tagi dobrane z istniejących i sprawdzone

3 Komentarze

  1. Generał Nałęcz-Komornicki ma być wymieniony w apelu pamięci uzgodnionym przez Powstańców z Macierewiczem. Janusz Paszyński po raz pierwszy od lat może nie uczestniczyć w uroczystościach.

  2. Generał Komornicki brał udział w zdobywaniu Berlina. To m. in. jemu poświęcona jest tablica tam odsłonięta kilka dni temu.

Skomentuj

Prosze wpisz komentarz!
Wpisz Imie: