Ciesielczyk, upierdliwy lustrator Polonii amerykańskiej

83
3308

pies

Przypominamy tekst jaki ukazał się na naszym portalu, po poprzednim spotkaniu z upierdliwym tarnowskim lustratorem w 2009 roku. Czas mija,  a on on dalej opowiada bez sensu. Dziwić należy się programom radiowym, które pospolitemu naciągaczowi oraz przestępcy, oskarżanemu w Niemczech o porwanie dziecka, udzielają czasu na radiowej antenie. 

Red.

Miniony tydzień upłynął w Chicago pod znakiem agentów. Prawdę powiedziawszy cała historia, która swoje zwieńczenie znalazła w niedzielę 18 października zaczęła się w momencie kiedy do sądu w Warszawie wpłynął pozew Andrzeja Jarmakowskiego przeciwko ministrowi sprawiedliwości Andrzejowi Czumie.

Oczywistym było, że wydarzeniu temu towarzyszyć będą rozmaite wydarzenia poboczne. Tak się też stało. Już kilka miesięcy temu Marek Ciesielczyk rozesłał po Stanach Zjednoczonych sensacyjną wiadomość. W liście informował, że znalazł sensacyjne materiały dotyczące agenturalnej działalności Jarmakowskiego. Wielu z adresatów przesłało te listy do naszej redakcji, odmawiając zorganizowania odczytu. W końcu doszło do spotkań w Nowym Jorku, gdzie Ciesielczyk koncentrował się na przypadku Piotra Mroczyka, wspominał także o Jarmakowskim. Rzecz jasna w jak najgorszym świetle.

Po przybyciu do Chicago temperatura rosła. Zapowiadano liczne sensacje. Ciesielczyk, niczym w prawdziwym horrorze, dozował informacje. Mówić miał także o innych osobach, więc zastanawiano się na kogo padnie. Wojciech Białasiewicz, nieżyjący już Józef Migała i wielu innych ludzi mogło spodziewać się, że usłyszy oskarżenia o popełnienie zbrodni najcięższej czyli zdradzenia ideałów i swoich najbliższych przyjaciół.

W wywiadzie dla pisma „Kurier” szeroko dywagowano o Jarmakowskim, że dokumenty tajne, że pewnie przewerbowano go przez UOP. Choć pewnie gdyby tak było miałby kilka firm na tak zwanym „Polonowie”. Ciesielczyk wystąpił także z nowatorską teorią „agentów wpływu”. Chodziło – jak wyjaśniał – o ludzi, którzy co prawda nie podpisywali zobowiązań współpracy, nie pobierali wynagrodzenia, ale stanowili pas transmisyjny między komunistycznym konsulatem a Polonią. Jednym słowem chodziło o przysłowiowych „siewców burz”.

Wtajemniczeni z tajemniczego Komitetu Komitetu Pamięci, organizatorzy spotkania wysyłali nawet list do prezydenta Rzeczpospolitej protestujący przeciwko przyznaniu Andrzejowi Jarmakowskiemu odznaczenia państwowego. Chicagowska paniusia, porażona dokumentami, które zobaczyła wyrażała swoje oburzenie. O liście krajową opinię publiczną poinformował tygodnik „Wprost”, gdzie pracuje córka ministra Andrzeja Czumy. Prezydent odznaczył współpracownika SB? – zapytywały krajowe media. Błoto zostało rzucone. Nawet jak je zrzucisz brud pozostanie.

W wywiadzie z Zofią Boris, prowadzącą program radiowy z chicagowskiej stacji 1490 AM, która już najwyraźniej dawno straciła kontakt z rzeczywistością oskarżenia powtórzono. Jarmakowski donosił. Może nie jako płatny agent, ale tacy „agenci wpływów” byli często gorsi od tych płatnych szpionów. Temperatura rosła. List pani z domku, gdzie normalnie zajmuje się ścieraniem kurzów świadczył, że materiał jest porażający.

Do Chicago przyjechał sam prezes Instytutu Pamięci Narodowej Janusz Kurtyka. Miał wziąć udział w zebraniu Rady Dyrektorów Kongresu Polonii Amerykańskiej. Jednocześnie w spotkaniu na Northeastern University zorganizowanym przez umierający Związek Narodowy Polski pojawiło się wielu innych przyjaciół Andrzeja Czumy, jak Grzegorz Popielarz, obecny skarbnik Towarzystwa Wspólnota Polska. Miłosnicy spiskowych teorii mieli używanie.

Janusz Kurtyka rozczarował swoich gospodarzy z KPA, liczących na to, że może historycy z IPN lub inne uznane autorytety zajmą się lustracją Polonii. W publicznych wypowiedziach Kurtyka pokreślał kompetencje Marka Ciesielczyka. Powszechnie uznano je jako wystawenie czegoś w rodzaju świadectwa moralności dla doktora – jak podkreślał Kuryka – Ciesielczyka. Po Chicago rozeszły się plotki, że Kurtyka na pojawić się na spotkaniu Ciesielczyka i potwierdzić prawdziwość przedstawianych dokumentów. To już koniec. Kurtyka namaści Ciesielczyka autorytetem państwa, Jarmakowski może zwijać manatki i jechać na bezludną wyspę.

W ,końcu nastała długo oczekiwana niedziela 18 października. Przed salą Stowarzyszenia Weteranów Armii Polskiej, gdzie miało odbyć się spotkanie ludzie pocałowali klamkę. Właściciel budynku wymówił salę, zaś w okolicy policyjne radiowozy z włączonymi kogutami jakby przypominały, że warto zachowywać się spokojnie. Polonijny dziennikarz i dawny rzecznik prasowy Edwarda Mazura Andrzej Wąsewicz rozmawiał ze zdenerwowanymi ludźmi. Pojawiła się kamera telewizyjna.Podchodzący pod budynek przeczytali bowiem rozwieszone kartki na drzwiach, iż po „utrąceniu spotkania” w sali SWAP wszyscy proszeni są do podziemi Kościoła św. Pankracego daleko na południu Chicago. Wielu zrejterowało, rezugnując z wysłuchania rewelacji. Najbardziej wytrwali wsiedli do samochodów i ruszyli w drogę. Sporo wygrażało agentom i ich długim łapskom.
W końcu nieco konspiracyjnie, w podziemiu kościoła, prelegent rozpoczął. Mówił nudnie, ale w końcu doszedł do Jarmakowskiego. Niestety szybko okazało sie, że w kościele dach jest solidny i oberwania chmury nie będzie.

Prelegent przedstawił dokument z września 1989 roku, a więc już z czasów wolnej Polski. Wynikało z niego, że Andrzej Stypuła i Andrzej Jarmakowski spotkali się z groźnym agentem o pseudonimie „Rush” jeżeli dobrze usłyszałem. Zainteresowany potwierdził – już później w rozmowie ze mną – że takie spotkanie miało miejsce, zaś groźnym agentem był konsul z Wydzialu Handlowego Konsulatu RP Marek Jachna. Jak wynikało z zaprezentowanego dokumentu Jarmakowski wyraził w trakcie spotkania negatywną opinię o tworzeniu jakiegoś banku z udziałem działaczy Solidarności, zaś miał pozytywną opinię na temat personalnej obsady konsulatu. Zresztą zaintersowany powiedział – już później, że podtrzymuje tę opinię i dzisiaj. Doszło do innych przestępstw. Wyżej wymienieni Stypuła i Jarmakowski spotkali się z polską delegacją, która wracała ze spotkania Banku Światowego i Miedzynarodowego Funduszu Walutowego w Waszyngtonie, gdzie załatwiano środki mające wspomóc realizację planu Balcerowicza. Od Jarmakowskiego dowiedziałem się, że uczestnicy spotkania zjedli lunch, a ponadto przeprowadzono wywiad z członkami delegacji. Rozmawiano o możliwościach inwestowania w nowej Polsce i szansach dla polonijnego biznesu w wolnym kraju.

Sala, która spodziewała się większych rewelacji nieco kręciła głową. Ciesielczyk jednak rozpoczął tyradę. Zwrócił uwagę, że bezpieka istniała do 1990 roku. Wezwał Polonię do zjednoczenia i skutecznej walki z Jarmakowskim. Potem prelegent przeszedł do innych nazwisk aganetów, ale było to wszystko dokładnie tak samo wiarygodne, jak opisany powyżej przypadek. Zresztą czy warto faceta dalej słuchać?

Chyba w dziejach polskiej lustracji po raz pierwszy za dowód współpracy z komunistycznymi służbami specjalnymi uznano dokument sporządzony już w czasie wolnej Polski, opisujący spotkanie z oficjalnymi przedstawicielami niepodległego państwa. Jedyne w tym miejscu co przychodzi mi do głowy to zapytać o stan zdrowia psychicznego prelegenta. Na tym sprawę można zakończyć, gdyby nie błoto, które zostało rzucone po obu stronach Atlantyku. Błoto bowiem pozostanie.

Ciesielczyk skompromitował nie tylko siebie, ale i prezesa IPN Janusza Kurtykę, który z takim zapałem bronił Ciesielczyka w Chicago. Czemu to wszystko miało służyć, skompromitowaniu lustracji? Z wielkiego chicagowskiego tygodnia agentów wyszła kupa śmiechu.

Autor: Julian Traczykowski

(źródło: www.ProgressForPoland.com)

Małe uzupełnienie do tekstu pana Traczykowskiego:

Pani Sylwia Kawa z Chicago, emigrantka, napisała list do Pana Prezydenta Kaczyńskiego, w sprawie skorygowania decyzji Pana Prezydenta w przyznawaniu odznaczeń państwowych. Chodzi m.in. o Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, którym uhonorowany został znany dziennikarz emigracyjny, współzałożyciel Ruchu Młodej Polski, działacz gdańskiej „Solidarności” i Ruchu Społecznego POMOST – Andrzej Jarmakowski.
List pani Sylwii Kawy, wystosowany do Prezydenta RP, to swego rodzaju ważny vox populi, który z pewnością będzie rozważony w Kancelarii Pana Prezydenta z najwyższą uwagą, jako że pani Sylwia Kawa jest osobą wpływową na Polonii i na uprzejmą odpowiedź Pana Prezydenta w najwyższym stopniu zasługuje. Tym bardziej, że pani Kawa występuje tutaj w imieniu CAŁEJ emigracji polskiej i poniekąd jako przedłużone ramię jeszcze bardziej wpływowej osoby, pana doktora filozofii marksistowskiej, Ciesielczyka Marka, bojownika o czystość rasową szeregów emigracji oraz niestrudzonego tropiciela SB-ecji.
Dodajmy, że pan Ciesielczyk Marek, doktor, jest totumfackim Andrzeja Czumy, byłego ministra sprawiedliwości, niedawno z wielkim trudem odspawanego od stołka w rządzie Rzeczpospolitej. Wystąpienia pana Ciesielczyka są prawdopodobnie, a niektórzy twierdzą, że na pewno(!), finansowane przez koła zbliżone do pana Czumy. Chodzi tutaj przede wszystkim o wodzenie emigracji polskiej za nos, w czym były pan minister Czuma jest mistrzem nad mistrzami z wieloletnim stażem (patrz: rozbicie POMOST-u) .
Kim jest pani Sylwia Kawa – rzecznik prasowy pana Ciesielczyka? Służby specjalne udostępniły nam właśnie garść informacji, a więc możemy uchylić rąbka tajemnicy. Zacznijmy ab ovo, czyli od drzewa genealogicznego.
Otóż, pani Sylwia Kawa pochodzi z Tarnowa. Mamusia pani Sylwii, zawodowa wróżka i uzdrowicielka na Jackowie, potrafi wyleczyć najcieższy reumatyzm przez telefon. O tatusiu pani Sylwii bliższych danych nie ma.
Pani Sylwia Kawa, obecna działaczka w stajni pana Ciesielczyka, doktora, posiada wykształcenie podstawowe czy też zawodowe, prawdopodobnie niepełne. Pracuje ona i pomieszkuje na tzw. „domkach”, jako pomoc domowa. Stałego adresu zamieszkania nie posiada.
Ostatnio, aby podnieść kwalifikacje, próbowała zrobić kurs prawa jazdy na amerykańskich ciężarówkach, tzw. truckach. Niestety, bez powodzenia. Złośliwi powiadają też, dyskretnym szeptem, że Pani Sylwia przygotowuje się właśnie do następnego małżeństwa z kolejnym turystą z Polski w ramach pełnopłatnych usług imigracyjnych…
Nawiasem mówiąc, zadziwiająca jest elokwencja stylistyczna wypowiedzi pani Kawy w liście do Prezydenta RP. Pani ta bowiem, jak wszyscy doskonale wiemy, ma poważne trudności ze skonstruowaniem na piśmie prostego zdania w języku polskim. Istnieje przekonanie, że list do Prezydenta został w istocie napisany przez pana Ciesielczyka, który zaimponował swoją pozycją biednej, mało piśmiennej dziewczynie „na domku” i ją wykorzystał.
Tacy to ludzie otaczają znanego bojownika w walce o oczyszczenie Polonii z SB-ecji, pana Ciesielczyka Marka, doktora filozofii marksistowskiej, i pisują dla niego listy do Prezydentów.

Jak mawiają Rosjanie: i śmieszno, i straszno!

Mirosława Kruszewska

 

Foto: merleykapselija.blog.pl

Poniżej Ciesielczyk w trakcie amerykańskiego tournee.

ciesielczyk

83 Komentarze

  1. Tak to już jest: Lizakowski mówi. że wzjeżdża i nic z tego nie wynika, bo nie wyjeżdża, a Ciesielczyk przyjeżdża i nic z tego nie wynika, bo nikogo nie demaskuje.
    O przepraszam! Ciesielczyk przyjeżdża zainkasować pieniądze, bo zawsze znajdą się naiwni, którym pan Marek kieszenie opróżni.
    A po prawdzie, to cóż taka sierota z Tarnowa może nam nowego powiedzieć.
    My dobrze wiemy, kto wśród nas jest agenciakiem. I to lepiej od Ciesielczyka.
    I mogę Wam to powiedzieć zupełnie za darmo.

  2. dysponuję materiałami na temat mojego imiennika Marka Ciesielczyka – konfidenta SB i czynnego informatora Immigration, który składał fałszywe donosy na Polaków, m.in. na działaczy POMOSTU.

  3. Sekretarka pana Ciesielczyka, pani Kawa dorabia sobie lewymi ślubami, za które bierze bajońskie pieniądze.
    Czemu nikt dotąd nie zgłosił tego do władz? Współudział pana Ciesielczyka jest jak najbardziej prawdopodobny.
    Ponadto, pani Kawa i jej “przyjaciel” ‘ niejaki pan Darek P. zamieszani są w napad i ciężkie pobicie kobiety, Polki, obywatelki USA, pracującej jako opiekunka starszej osoby.
    M. in. zostały zrabowane pieniądze i samochód.
    Co na to pan Ciesielczyk?
    Co na to pani Kawa?

    No, czas chyba, aby zlustrować lustratora.

    • Może warto przypomnieć, jak to pan Ciesielczyk występował w Chicago jako “dystyngowany Dziennikarz”. Wiadomo wszystkim, że zainkasował pieniądze za redagowanie pisma, a potem, zamiast zakasać rękawy i wziąć się do roboty, to wyjechał na wakacje, a na córkę swojego szefa przygotował na spółkę ze swoim koleżką donos do władz emigracyjnych. A ten wydawca zapewnił mu mieszkanie i transport po Chicago. Urząd emigracyjny Ciesielczyk też nabrał, bo miał pracować w “Dzienniku Chicagowskim”, którego wydawca, Michał Kuchajda sponsorował Ciesielczyka. Jak tylko ten dostał zieloną kartę, to się ulotnił. Teraz przyjeżdża co rok, aby mu stały pobyt nie przepadł, a durna Polonia za to płaci.
      Ciekawe, dlaczego zawsze popieramy tych, którzy dzielą i skłócają Polaków za granicą?

  4. Podlizywanie się? Kto i komu?
    Konkrety? Właśnie zostały przedstawione.
    To mało? – Lewe śluby, pobita kobieta.
    Masz imiona i nazwiska. To mało?
    Jarun, konkrety są na policji.
    Kejs jest stale otwarty.
    Idź, i poinformuj się.
    A co? Z angielskim nie ten tego? Służę za tłumacza.

  5. Kurier Chicago jak zawsze popiera Ciesielczyka. Zastanawiająca tutaj jest rola Marka Bobera, , który zachowuje się co najmniej dziwnie. Był on (Bober) uczestnikiem odbicia dziecka Ciesielczyka w Chicago po porwaniu dzieciaka z Niemiec od matki przez upierdliwego lustratora Polonii. Wie, jaki z tego faceta numer, skoro potrafił tak pobić własną żonę, że ta usiała schronić się w społecznym domu opieki.
    Bober zna wszystkie szczegóły przestępczej działalności Ciesielczyka, a w swoim piśmie wymienia tylko jego tytuły naukowe i robi z niego Bóg wie co. Czy to jest dobre dziennikarstwo?
    Wiadomo, że chodzi też o forsę. Po jednej z imprez Ciesielczyka o mało nie doszło do rękoczynów, ktoś chciał komuś dać po ryju, a Bober nic o tym w swoim organie nie napisał. Czyżby coś mu również dano w łapę?
    Zastanawia również postępowanie właściciela tygodnika, p. Adama Ocytki. Dlaczego toleruje ten stan rzeczy? A odpowiedzialny za to jest, bo przecież Bober niczego nie zrobi bez jego wiedzy cz zgody.

  6. Jeszcze w trakcie weekendu opublikujemy na portalu materiały i dokumenty oraz artykuły z prasy niemieckiej doyczące przestępczej działalności Ciesielczyka. Opublikujemy także dramatyczną relację opisującą odzyskanie przez adokata Pani Małgorzaty Ciesielczyk jej córki, którą Ciesielczyk uprowadził do Chicago. Pani małgorzata Ciesielczyk była bita przez Ciesielczyka oraz oskarżana o to, że jest agentką KGB.

  7. O tej Kawie to prawda. To jakieś dobre ziółko! Kiedyś to o mało nie rozwaliła ślubu facetowi, którego sobie przyuważyła. To było jeszcze u pana Pochronia w jego drukarni, gdzie pracowała, dopóki jej nie zwolnił. A w Chicago “zalegalizowała” pana kochającego inaczej, za którego się wydała, bo akurat była po otrzymaniu obywatelstwa, oczywiście za pieniądze i to nie małe. Takich to mamy dzisiaj obywateli amerykańskich, co natychmiast po przysiędze łamią prawo i oszukują urzędy. A ten jej kumpel, obrabiający panienki na boku, mimo że ma w chałupie żonę i dziecko to się nazywa Dariusz Perzyński, w Ameryce oczywiście nielegalny. Rentu też u mojej znajomej nie zapłacił kiedyś. Jego specjalność to samotne kobiety na domkach. Jedną z nich znaleźli kilka lat temu ciężko pobitą, nieprzytomną. A on tam akurat ciągle bywał i pożyczał pieniądze, raz po prostu ukradł jej całą pensje z szuflady, bo wiecznie był głodny i bez grosza. Posługiwał się nawet telefonem komórkowym tej pani. Był kilka dni wcześniej w jej domu, nocował tam, potem ją znaleziono nieprzytomną. Ta kobieta do dzisiaj ponoć się leczy. A auto, biżuteria i gotówka wyparowały! A rozpoznanie w jej domu robiła Kawa, która tam zawitała na krótko przed wypadkiem. Wszystko to można sprawdzić na policji i w szpitalu.
    Oto poplecznicy pana Ciesielczyka, który też potrafił kobitom przyłożyć.

  8. Opowiadał mi krewny tej nieszczęsnej pani, ofiary Perzyńskiego, że kiedy jej matka, odnalazłszy przez przyjaciół jego numer telefonu, zadzwoniła z Polski tylko po informacje, Perzyński odłożył bez słowa słuchawkę. To samo robiła Kawa.
    Powiedział mi także, że tuż przed przyjazdem Ciesielczyka Kawa wykonała do niego nieme telefony. Numer jednak odnotowała automatyczna sekretarka: 773 592 9708. Ostatni z telefonów miał miejsce 29 stycznia o godz. 6:08 PM.

  9. Chamek Jarun już wrzeszczy o chamstwie. No to jeszcze jedno pytanie, z chamstwem mało związane: Czy Ciesielczuk rozlicza swoje dochody z imprez (wstępy) oraz z książek? Czy płaci podatek od sprzedaży? Czy deklaruje dochód ze swoich “turnee” w Stanach Zjednoczonych? Wszyscy wiedzą, że nie, ale pytanie ktoś powinien postawić, bo panienkom, które go tam pilotują, to może płaci w naturze. Czy to prawda? Swojego czasu, z wojaży po Ameryce Południowej, zamieścił swoją fotografię tylko w wąskich slipkach, fotografię, co tu dużo mówić, dla starego faceta nieprzyzwoitą i nieskromną.. Nie wiem, dlaczego to zrobił, bo wyglądał na wilka, co się zakrada do Czerwonego Kapturka. Może chciał udowodnić, że, że włos na ciele ma obfity , wprawdzie nie na głowie, ale jednak …

  10. Rozumiem, iż szykuje się polonijna sensacja. Rozumiem, że mamy do czynienia z polonijnym damskim bokserem. Czekam na szczegóły, będzie to także stanowiło dowód na to, jak denne jest polonijne radio i jak denne jest polonijne dziennikarstwo. Ciekawe, że nikt z pytających nie interesował się tą sprawą. tania sensacja dla polonijnego dzienjikarstwa jest widać ważniejsza od elementarnej dziennikarskiej uczciwości, dociekliwości, o przyzwoitosci już nie wspominając.

  11. Rację ma Pani Mirosława Kruszewska, że w przypadku Ciesielczyka, oszust z kompromitownaia lustracji zrobił sonbie sposób na życie, ciekawe, że zawsze znajduje naiwnych, którym potrafi wyciagnać pieniądze z kieszeni. tak po prawdzie to zwyczajny oszust.

  12. Jeszcze jedna sprawa. Pani Kawa wystepująca w tej historii jest osobą nikomu nieznaną, z tego co mi wiadomo, nie pokazała się nigdy z okazji jakis polonijnych aktywnosci.

  13. Pani Kawa jest głównym pilotem p. Ciesielczyka w Chicago, jego adiutantem oraz autorką słynnego listu do prezydenta RP (o dziwo bez błędów ortograficznych, ktoś poprawił!).

  14. Ciekawe, czy Kurier Ocytki bierze forsę za ogłaszanie imprez Ciesielczyka? Jeżeli tak, to bierze chyba również na siebie odpowiedzialność za szkalowanie ludzi. Redakcja postępuje przedziwnie: przecież Kurier zamieścił pochwalny artykuł na temat zasłużonego weterana, którego wcześniej Ciesielczyk opluwał i robił szpiclem! Czyli Kurier uznał, że Ciesielczyk był niewiarygodny. A teraz znowu popularyzuje go na nowo. Która uczciwa gazeta pozwoliłaby sobie na reklamowanie gościa, który szkaluje ludzi, uznanych przez nią za zasłużonych i prawych?

  15. Do Sz. Pana Jura:
    Nie, Kawa się pokazuje. I to wszędzie. Lubi robić fotografie i klikać sobie fotki z ważnymi ludźmi, podobnie jak Lizakowski czy ten w czapie z bolszewicką gwiazdą, Chumiecki z Orchard Lake, b. masażysta jak to piszą w prasie, a teraz dyrektor Misji Polskiej czy Żydowskiej, nie wiem na pewno. Mam nawet zdjęcia ks. Filipowicza i Miry Puacz, także Barbary Wengorek i słynnego gawędziarza, Kapitana Kutka, świętej pamięci, wykonała je wszystkie p. Kawa. Całkiem dobre zdjęcia. Gorąco chciała zaistnieć, co jej wolno. Niestety, wpadła najwyraźniej w nieciekawe towarzystwo i poszła z prądem. No i po co pisała list do prezydenta Polski? Czyżby ta biedna dziewczyna zwariowała zupełnie?

    • Znaczy myliłem się. Możliwe. takich mamy obecnie ludzi w polonijnym towarzystwie, że strach gdzieś się ruszyć. Ciekawe, czy Panbi Kawa będzie na zbliżającym się balu Wietrznego Radia, które Ciesielczyka promowało, podobnie zresztą jak kilka innych nie mniej kopniętych audycji.

  16. To prawdziwe chamstwo aby chłopkowi z najbardziej rozwiniętego miasta kościelnego w Polsce gdzie na msze przychodzi prawie 100 procent bohatera Ciesielczyka przedstawiać w takim świetle. I co jutro bedzie musiał stać na rogu autostrady przy czerwonym świetle z kubkiem z McDonalda udając bezdomnego aby wrócić do Tarnowa. To nie przystoi aby tak krytykować naszego prawdziwego bohatera. A w Tarnowie czekają nowe narobione dzieci dziecioroba. Oj krytycy, będziecie musieli założyć program drugi radyjka, które ma ryja aby te pokolenia po Ciesielczyku wykarmić. Bóg się za was wszystkich weżmie. A do nieba będziecie musieli wchodzić po drabinie. Windy szykobieżne dla takich zostaną wstrzymane.

  17. Ten Ciesielczyk to rzeczywiście wygląda na wielkiego, mocarnego chłopa. I takie byczysko pobiło kobietę! A teraz biega za autorytet moralny! Ludzie, świat się kończy!! Że też mu nikt za to w Chicago czy Brooklynie po mordzie nie da!

  18. Ale jest jeszcze szansa dla naszego nowego, starego bohatera polonijnego Ciesielczyka, że bedzie go można w razie czego odesłać polamerowską paczką morską od wagi. I to jest taniej i w końcu wyjście.

  19. To jeszcze raz ja, przepraszam, żem taki nachał jak Lizakowski. Szanuje bardzo Pana Kocha, choć go widziałem tylko z daleka, bo niby sąsiad. A sąsiad to rzecz święta i z sąsiadem trzeba dobrze. A więc Panie Krzysztofie-Sąsiedzie. Źle jest, bardzo źle. Czy Pan wie, że przeposzczone panienki, takie jak, ach, pomijam nazwiska, od dawna czekają, aż się zjawi na horyzoncie osiłek Ciesielczyk. On, ogier, to ma zdrowie. Nawet viagry nie potrzebuje. A panienki stół zastawią, bieliznę pościelową i osobistą zmienią na jego przyjazd. Chłop się spasie na zapas, jeszcze mu parę groszy do kabzy wepchną jako datek za pociechę w samotności. Resztę dadzą co durniejsze Polonusy. I tak sobie będzie jeździł aż go Amerykanie unieruchomią za uprawianie handlu książkami i zniesławianie porządnych ludzi, nie płacenie podatków i oszukiwanie urzędu emigracyjnego. Chyba, że się pani Kawa nad nim zlituje i przytuli do swego łona poślubiwszy pierwej, bo obywatelstwa amerykańskie jeszcze nie straciła.
    Ciesielczyk, proszę Szanownego Pana Sąsiada, nigdy nie kwapił się do żadnej roboty. On by, cwaniak, na kontraktorkę nie poszedł, raczej by żonie przez łeb przyłożył, bo to najwyraźniej lubi. Przedtem miał alternatywę, która go do sądu doprowadziła, żył ze szczodrobliwości Polaków, których oszukał, z którymi się sądził, i na których jeszcze doniósł, bo to jego zawód wyuczony, do urzędu emigracyjnego. Co, może nie prawda? Wiem, że go Jarmakowski z “Chicagowskiego” pogonił, a Dusza wyrzucił na pysk z Relaxu, jeszcze mordę darł, że Ciesielczyk to grafoman i politolog mniemany, zabronił go tytułować doktorem i uważał za chwalidupę. I co, Ciesielczyka w Chemigrafie nie było.
    W Tarnowie też rozrabia, bo mu się chce darmo żyć, posadę ciepłą mieć i popuszczać smrodliwie w stołek. I takich ludzi Polonia hołubi. Trudno, zeszliśmy na psy, alfonsy i kurwy nami rządzą i uczą moralności. Koniec świata.

  20. Spoko.
    Dla pana Jaruna czy jak mu tam – to wciąż za mało faktów.
    Dla mnie wystarczająco dużo żeby facetowi odebrać zieloną kartę i odesłać do Polandu.
    A lansujących Ciesielczyka u nas powinno się zaskarżyć za współudział w jego przestępstwach (conspiracy). Przede wszystkim tego Bobera i Ocytkę (drugiego aferzystę, który sprzeniewierzył 400 tys dolarów zbieranych na figurę Chrystusa Króla).

    • Panie Stefanie z durniami bitwy się nie wygrywa. Dla pana ciesielczyka najgorszym wariantem byłoby gdyby W.Sz. pan Jarmakowski powiedziałby :”byłem agentem” i sprawa zamknięta. Po co by p. Ciesielczyk przyjeżdżał by do Chicago? Odcinać kupony od swego niespełnionego “ego”?

  21. Przepraszam za niedotrzymanie terminu, ale dopiero jutro czyli w poniedziałek wieczorem, a nie w niedzielę jak obiecałem wczesniej, będziemy w stanie opublikować relalację dotyczącą losów poranej przez Ciesielczyka z Niemiec córki. Relacja powstaje dzieki relacjom osób bezpośrednio uczestniczących w tym wydarzeniu.

  22. Nie szkodzi. Poczekamy.
    I niech Pan da nam więcej informacji o tym podejrzanym duo Bober-Ocytko.
    Zdaje się, że gdyby oni go nie lansowali na łamach “Kuriera”, to pan lustrator nie miałby na Polonii takiego wzięcia.

  23. Jakie tam informacje. Jeden, to oszust finansowy – kocha cudze dolarki, a drugi, to drobny alkoholik – bez pół litra weekendu nie zacznie.
    Czemu lansują taką personę jak Ciesielczyk nie wiadomo. Może chodzili na te same kursy na SB?

  24. Obrażanie M. Ciesielczyka to nie argumenty. Dla mnie sprawa oczywista. “Panie Cisielczyk proszę przedstawić fakty, że Andrzej Jarmakowski zaszkodził komuś lub czemuś (w jakieś sprawie!). Sprawę widzę tak. Do p. Jarmakowskiego np.przyszedłby agent KGB i porozmawiał. I co z tego? Od razu Jarmakowski to agent KGB czy GRU? Tak można zniszczyć każdego człowieka. to jest argument…no i teraz niech pozywają do Sądu Andrzeja J. Są takie pozwy? Pan Jarmakowski stał się według mnie “pożywką” dla kariery Marka Ciesielczyka. A wy matołki dajecie się wrobić w jego M.C. grę. Nie widzicie, że nieważne co on powie, byleby o nim mówiono. I o to chodzi !

  25. Powiązania genturalne i siatka szpiegowska to Adaś łocytko z Jarmakiem kupują bułki i smietanę w tym samym sklepie a bohater polonijny tęga głowa Ciesielczyk i agent Koch minęli się w Chicago o kilka mil i parę godzin od siebie.

    • No, to doczekaliśmz się “bohatera polonijnego” o nazwisku Ciesielczyk.
      Przyjeżdża do USA co roku, aby przedłużyć Zieloną Kartę. Za nasze pieniądze to robi ten bohater.
      Za każdym razem robi się szum, że zdemaskuje kolejnych agentów, a tu nic.
      Zadnego nie zdemaskował ani żadnemu nic nie udowodnił.
      Taka ściema żeby wyłudzić pieniądze od ciemniaków chicagowskich.
      I ta zabawa trwa już kilka lat.
      ___
      Pan czy pani Jarun powinni się zastanowić, co tutaj wypisują kompromitując się.
      Jak dotąd, nigdy nie słyszałam, aby pan Jarmakowski naciągał Polonię na pieniądze. Zyje skromnie klepiąc zwykłą emigrancką biedę.
      Odwrotnie mają się Ciesielczyk, Ocytko, Bober i inne SBckie pluskwy, jak taki sobie pan Prus z New Jarsey. I pan Jarun też. Wam nigdy apanaży reżimowych nie brakuje.

      • Ty Jolka oślepłaś czy do reszty zdurniałaś ? Gdzie ja napisałem: …” pan Jarmakowski naciągał Polonię na pieniądze.” Pan Jarun (z domu Mackiewicz )

  26. Czy nikt naprawdę nie rozumie, że Ciesielczyk robi tę cała rozróbę z agentami tylko dlatego, aby zarobić parę groszy i opłacić sobie podróż co roku do USA celem podtrzymania stałego pobytu w USA? Oszukał tu ludzi na emigracji, wziął forsę za robotę dziennikarską od szlachetnych, szanowanych w Chicago działaczy politycznych i ulotnił się na wakacje, aby wystawić swoje cztery litery do słońca! A o grosz potrafi walczyć jak lew, gotowy zawsze do bójki. Głośno o tym w Chicago, jak wygląda podział dochodu ze spotkań z nim! Jak dzielą Wasze pieniądze! !
    Ciesielczyk robi co może, aby zapłacić za bilet do Stanów. Skąd weźmie na to forsę? Przecież w Tarnowie również niewiele zarabia, bo żadną uczciwą praca jeszcze się nie skalał, pragnie tylko reprezentować za pieniądze innych, ale ludzie są tam ostrożniejsi i patrzą mu na ręce, poza tym go znają. No to za wojaże zapłaci Polonia chicagowska, ten ciemnogród, ta gmina jak to mówi wieszcz Lizakowski, następny do raju.
    Jak widać na obrazku, jest to dobrze zbudowany, zdrowy mężczyzna, ma siłę do roboty, ale robić mu się nie chce, woli przyłożyć…. własnej żonie, która przed nim musiała się schronić do domu samotnej matki w Niemczech. Takim ludziom nie podaje się ręki a broń Panie Boże nie przyjmuje w szanujących się domach a już na pewno izoluje od nich dzieci. Bo on własne dziecko skazał na poniewierkę w Stanach. Do dzisiaj ludzie mówią, że ten biedny dzieciak nawet porządnego przyodziewku nie miał, ani bucików. Kochający tata mu nie kupił! I taki typ chce pracować społecznie czy być liderem społeczeństwa? Nie, takich ludzi wyklucza się z życia społecznego i stawia przed sądem. Aby było wesoło, niechęć, żywiona wobec Ciesielczyka spada na innych, często niewinnych ludzi. Ale jest to również nauka, że z pewnymi osobnikami nie należy się zadawać.

    • Szanowny Panie JohnAA,
      odezwał się Pan w samą porę, ale o co Panu chodzi?
      Papier toaletowy zawsze powinien być w Pana posiadaniu. Obowiązkowo!
      (“John” w gwarze amerykańskiej znaczy po prostu “sraczyk”).
      A Pan ma jeszcze AA.
      Czy to membership Anonimowych Alkoholików?
      Dobrze, że jest Pan na miejscu. Jak nas poinformowała pani Kawa, Ciesielczyk lubi popijać na kibelku. Na którym, zresztą, zrobił doktorat.

  27. Jarun to słowiański bóg odrodzenia i nadziei. To też bóg odkłamywania, niosący prawdę, dobro i trud powstawania, narodzin.

  28. Moje uwagi o Ciesielczyku
    Nigdy go nie spotkałem i tak naprawdę nigdy nie chciałbym go spotkać. W latach dziewięćdziesiątych był obibokiem postsolidarnościowym, pełnym zadufania w sobie literackim cwaniaczkiem, dziennikarzyną pisującym kiepskie teksty, a wymagającym zawsze zamieszczenia jego fotografii (chyba od pierwszej bar micwe, bo taki szczuplusieńki, łysienki na niej wyglądał) i pokaźnej noty biograficznej, w której prawdziwość nie wierzyłem. Żądał zawsze podawania tytułu doktorskiego przy swoim nazwisku, co nie jest stosowane w dziennikarstwie. Dla Ciesielczyka było to jednak bardzo ważne.
    Dlaczego od pierwszej chwili nie wierzyłem w jego talent czy uczciwość dziennikarską? Głównie dlatego, że nie mogłem pojąć, jak człowiek z przeciętnej małomiasteczkowej rodziny potrafił trafić na studia w Niemczech i to w czasach komuny. Wiadomo, kto wtedy bywał na Sorbonach, Oxfordach czw w London School of Economists. Raził mnie ogromny tupet i chucpa Ciesielczyka,obrażały wręcz jego wymagań wobec Polonii, że akurat takich ludzi jak on powinna finansować. Zdrowo naciągnął i oszukał na grube tysiące dolarów moich przyjaciół, którzy dość nieopatrznie powierzyli mu redagowanie swojego pisma “Alternatywa”. Sprawa oparła się o sądy. Poszykowani wygrali.
    Niestety, Polonia amerykańska nie potrafiła sprostać wymaganiom Ciesielczyka, nie chciała korzystać z jego usłużnych wypracowań na temat najrozmaitszych bolesnych spraw, po prostu bano się donosicielskiego i awanturniczego charakteru jego “publicystyki”. Stąd nie trudno było mi przekonać mojego kolegę i wydawcę, pana Michała Kuchejdy, z rezygnacji publikowania wypracowań Ciesielczyka. Poza tym nie wierzyłem w jego wykształcenie, nie udało mi się bowiem uzyskań informacji na temat jego pracy naukowych , wykładów na uniwersytetach amerykańskich i europejskich. Nikt tam nie potrafił odnaleźć jego nazwiska.
    Podobne opory wobec Ciesielczyka miał również mój kolega redakcyjny, Andrzej Jarmakowski. Andrzeja znałem od pierwszych dni jego pobytu w Chicago, działał niezwykle ofiarnie, podkreślam – niezwykle ofiarnie – w Pomoście, nie żałował sił i czasu na nasze pomostowe sprawy, był skarbnicą wiedzy na temat “Solidarności”. Poza tym był z Gdańska, gdzie był znany i szanowany. Dla Pomostu stanowił niezwykle wartościowy nabytek, był skarbem, jak to mówiono – nie do oszacowania. To on i śp. Joasia Budzyńska postawili na nogi kwartalnik, zrobili go pismem żywym i aktualnym. Co prawda, po doskoku do Pomostu Czumy Joanna od nas odeszła, ale zawsze pozostaje w mojej pamięci jako ta zawsze gotowa do wytężonej pracy. Z Jarmakowskim tworzyli niezwykle afektywny team.
    Protestowałem, kiedy to Ciesielczyk rozpoczął nagonkę na red. Jarmakowskiego. Nie wierzyłem w żadne słowo, które wypowiadał pod jego adresem. Wiem, że kierowała nim patologiczna nienawiść , bowiem Jarmakowski, doskonale rozeznany w pejzażu politycznym Polski, a zwłaszcza w sprawach “Solidarności” był ogromna konkurencja dla Ciesielczyka, uzurpującego sobie monopol ekspertatw tych dziedzinach.
    Ciesielczyk traktował zawsze swoja niby pracę społeczna jako źródło dochodu. Lubił żyć cudzym kosztem, korzystać z kuchni, samochodu, wakacji na krzywy ryj. Zobowiązań wobec ludzi nie traktował poważnie, to akurat to “ciemne, polonijne bydło”miało mu zapewnić wysokie standardy życiowe, miało pracować po to, by sponsorować jego luksusowe życie.
    Nie udało się. Uważano go za węszącego wszędzie szpicla, za natrętną wszę łonową, faceta gotowego szkalować wszystkich i wszystko dla pieniądza. Na szczęście, dość szybko zorientowano się, co naprawdę reprezentuje. Wiadomości z prasy niemieckiej o jego znęcaniu się nad zoną i o porwaniu dziecka zrobiły swoje. Donosy do urzędu emigracyjnego, m.in. na córkę znanego działacza antykomunistycznego w Chicago, na Ogromna część Polonii amerykańskiej odwróciła się do niego. Był coraz bardziej wyizolowany. Tracił grunt pod nogami. Zabrakło lekkich pieniądze na utracjuszowskie życie i wakacje w tropikach, na różne figle migle, w których gustował, a za które w jego wieku już trzeba niestety płacić.
    Wrócił do Polski. I tam zaczął od nowa tę samą działalność. Założył nawet instytut Polonii w jakiejś wiosce pod Tarnowem, choć wiadomo, że są już inne, prowadzone fachowo i pod kontrolą. Dostał nawet od Komorowskiego order, on, którego ścigały w Niemczech listy gończe. Ponieważ nie ma obywatelstwa amerykańskiego, musi co roku pojawić się w Stanach. To kosztuje. Ale po co jest Polonia amerykańska? No i zaczął ujawniać agentów. Nie wszystkich, oczywiście i przeważnie urojonych. Tych z pieniądzmi to on nie poruszył, bo miał nich swoje widoki.
    Jedną z jego pierwszych ofiar stał się Andrzej Jarmakowski. Oczywiście, środowisko Pomostu, ci, którzy żyją, zaprotestowali, Odezwał się znawca tego problemu, znany polski historyk, dr hab. Sławomir Cenckiewicz, który dał ostrą, merytoryczną odprawę Ciesielczykowi, odrzucając jego insynuacje wobec red. Jarmakowskiego. Ci, którzy pragnęli poznać prawdę, wysłuchali Cenckiewicza, małe grono ludzi, żądnych niezdrowych sensacji, dalej wspiera Ciesielczyka. Znalazły się też gazety, które udzieliły poparcia Ciesielczykowi, drukują bez sprawdzanie jego rewelacje na temat własnego dorobku, i dolewają oliwy do ognia. W Nowym Jorku znalazł się wśród tych gazet “Nowy Dziennik”, pismo, w którym rozpocząłem moje dziennikarstwo pod kierunkiem dr. Tadeusza Siuty, w Chicago – Kurier Chicago, redagowany przez Marka Bobera, naszego dawnego kolegę z pism Chemigraphu. I co, nie uwierzono Cenckiewiczowi – reklamowano nadal kłamcę Ciesielczyka. Dlaczego?
    Marek Bober powiedział mi po wystąpieniu Ciesielczyka, że ten miał powiedzieć, iż przeprowadziłem wywiad z konsulem reżimowym w konsulacie, że miałem kontakty i rożne takie brednie. Marek, który mnie zna, nie odpowiedział Ciesielczykowi, że to nieprawda – Marek upierał się, że to ja powinienem się z tego wytłumaczyć!. A wiedział, że nigdy nie byłem w konsulacie, przez 25 lat od 1968 r. nie byłem w Polsce, nie mogłem nawet tam pojechać na pogrzeb matki, wiedział o moim prawicowym, antykomunistycznym zaangażowaniu w sprawy polskie na emigracji – a jednak nie oponował. No cóż, bywają i tacy przyjaciele.
    A była taka rozmowa w Chicago, którą mi zrelacjonowano. Rozmawiało dwóch dziennikarzy;
    – Kogo tu jeszcze wymienić?
    – Nie bardzo wiem, wszyscy już na emeryturze. Babcia Krysia jeszcze przedzie w “Zwiazkowym”, ale ona pisze tylko o duperelach..
    – Jest jeszcze “Gwiazda Polarna”
    – W Chicago jej nie znajdziesz, ale jest w Stevens Point Dusza.
    – Od dawna go nie ma. Ale Dusza już dawno umarł.
    -Gówno umarł. Lizakowski tylko tak pieprzy…
    – Ale on był zawsze taki pier…. katolik, bogobojna ikona dla weteranów i starej gwardii. Pomostowiec.
    – No to co?
    – No to, kurwa, weźmiemy się za tę ikonę!

    Każda rozmowa w kołach polonijnych jest natychmiast referowana zainteresowanym.
    I proszę Państwa z braku kandydatów Andrzej Jarmnakowski i Edward Dusza stali się tematem wystąpień cwaniaczka Ciesielczyka. Mój przyjaciel, Marek Bober, zapowiedział w piśmie człowieka, którego poważam, p. Adama Ocytki, że będzie mowa o dziennikarzach polonijnych, pracujących dla reżimu.
    Pomyślałem: Wierzewski, przyszły mi jeszcze na myśl inne nazwiska.
    Byłem w błędzie. Miałem przyjaciół. Zapomniałem o tym.
    Pomijam już fakt, że ciągle jestem dziennikarzem, ciągle publikuję i ciągle mam prawo spotykać się z kim chcę, bo to mój zawód. Nie udzielam informacji, ale je zbieram, bo to część mojej pracy. Całe moje życie pracowałem w dziennikarstwie, za wyjątkiem okresu w Fundacji Kościuszkowskiej, gdzie również pozostawałem w tym zawodzie, będąc stałym kontrybutorem “Tygodnia Polskiego” “Orła Białego”, jak również “Gazety Niedzielnej”. Publikowałem w pismach polonijnych w całym świecie. Za tą moja pracę otrzymałem odznaczenia nie od Kwaśniewskiego czy Komorowskiego, ale od prezydentów Edwarda hr. Raczyńskiego i Ryszarda Kaczorowskiego.
    A wywiad z konsulem polskim rzeczywiście przeprowadziłem z okazji słynnego “otwarcia teczek” w konsulatu. Rozmowę tę prowadziłem z konsulem Hubertem Romanowskim, Panie, świeć nad jego duszą, bo był to człowiek szlachetny i prawy. Rozmowa jednak odbyła poza budynkiem konsulatu – to gwoli faktom. Jedynym kontaktem zaś “Gwiazdy Polarnej”, gdzie pracowałem, była niespodziewana wizyta urzędnika ustępującego zespołu konsularnego w redakcji “Gwiazdy Polarnej”, która przebiegła w obecności Leszka Zielińskiego, ówczesnego redaktora naczelnego i mojej, jako dyrektora Wydawnictwa Punkt. O polityce nie było mowy, chłopak ten zresztą wyjeżdżał do kraju. To wszystko.”Gwiazda Polarna” nigdy nie kontaktowała się z ludźmi z władz reżimowych. Szkoda, że Ciesielczyk nie zna zajść na Uniwersytecie Wisconsin z Hieronimem Kubiakiem, oraz wystąpieniu Edwarda Duszy w TV Wausau, chan.9 w pamiętnej chwili inwazji Sowietów na Afganistan. Ale on, rzetelny historyk, i tak by napisał tylko to, co by mu przyniosło pieniądze.
    Sumując, nie wierzę w rewelacje Ciesielczyka na temat wielu osób ze środowiska Polonii amerykańskiej w Chicago. Absolutnie zaprzeczam kłamstwom tego fałszerza historii na temat redaktora Andrzeja Jarmakowskiego, ofiarnego społecznika, autentycznego działacza Solidarności, zawsze bezinteresownego i gotowego do niesienia pomocy innym, który, co najważniejsze, nikomu z ręki nie jadł i na patriotyzmie się nie dorabiał, który nigdy nie oszukał innych, dlatego może przeszedł tę samą co my biedę emigracyjną. Choć czasami nasze opinie na rożne mogą się nie pokrywać, co przecież jest objawem normalności, to jednak zawsze zdobywamy się na spokojną, rzeczową dyskusje, nie obrażając się wzajemnie. Jarmakowski ma dodatkowo niezwykle ważną a rzadką zaletę: potrafi zachować spokój, umiar i dystans wobec nurtujących nas problemów. Zdobywa się też często wysiłek rozwiązania tych problemów, nad którymi już inni dawno położyli krzyżyk. Cechuje go szlachetność, która mogłem wcześniej dostrzec u postaci z powieści Żeromskiego: szlachetność budowniczych szklanych domów.
    Ciesielczyk natomiast jest brutalnym, kłamliwym demagogiem, małym człowieczkiem, zwykłym chamskim brutalem, który zmiata wszelkie szklane wokół siebie niszczy ludzi i krzywdzi dzieci. Takiemu człowiekowi nie można podać ręki bez obrażenia samego siebie.
    Teraz dojeżdża skłócać i tak już podzielona Polonię amerykańską. Kto za jego podróże płaci, kto mu wydaje książki, pokrywa diety i rachunki hotele. Ciekawe, bardzo ciekawe.
    Ale doczekamy dnia, kiedy wszystko będzie jasne.
    Edward Dusza

  29. Przeniosłem tutaj z innego miejsca na Progressie tekst o tym, jak Ciesielczyk porwał swoją córkę. Idźcie na ten temat. Są tam załączone zdjęcia dokumentów:
    _________
    __________________________________

    TEMAT: Jak Marek Ciesielczyk córkę porwał
    _______________________________________
    *
    Luty 9, 2015 4:32 pmby: Admin Category: Opinie7 Comments A+ / A-

    Marek Ciesielczyk, samozwańczy lustrator Polonii ma za sobą ponurą, kryminalną przeszłość. Wyjechał do Niemiec, gdzie poznał swoją pierwszą żonę Małgorzatę. Małżeństwo było niezwykle burzliwe. Ciesielczyk bił swoją żonę, oskarżał ją o to, że była agentem KGB. To ona utrzymywała rodzinę, Ciesielczyk zajmował się studiami i tropieniem agentów, których widział za każdym drzewem.

    Maltretowana,bita kobieta, po próbie gwałtu, na oczach jej córeczki, którą Ciesielczyk nazywał „sroczka”, w końcu zdecydowała się odejść od męża. Zamieszkała w domu samotnej matki, zaś ojciec mógł odwiedzać córeczkę raz na dwa tygodnie. Podczas wizyt groził matce tym, iż nigdy nie zobaczy swojego dziecka, żonę zaś pobije, gdyż jako agentka KGB na nic innego nie zasługiwała. Tak się też stało. W czasie wizyty ojca, kiedy matka przypuszczała, że dziecko bawi się w w teatrzyku lalek, Ciesielczyk siedział już w samolocie do Chicago, porywając córkę. Zrozpaczona matka rozpoczęła poszukiwanie dziecka. Dochodzenie rozpoczęła niemiecka policja oraz Interpol. Po kilku miesiącach udało się ustalić, że Ciesielczyk wywiózł dziecko do Chicago.

    Dzięki pomocy przyjaciół Małgorzata Ciesielczyk wkrótce ustaliła adres, gdzie kątem, wraz z porwanym dzieckiem mieszkał Marek Ciesielczyk. Wraz ze swoim niemieckim adwokatem, zebrała niezbędne pieniądze i poleciała do Chicago. Ciesielczyk korzystając z gościny znajomych mieszkał w Park Ridge, niedaleko granicy z Chicago. Pod adres zamieszkania Ciesielczyka, 24 marca 1992 roku, podjechała mocno zdenerwowana matka, adwokat oraz panowie Marek Bober i Krzysztof Koch. Matce udało się wejść do domu bocznym wejściem i kompletnie zaskoczyć Ciesielczyka. Matka natychmiast zabiera dziecko i szybko ucieka do czekającego na nią samochodu.

    Pan Koch w rozmowie z naszą redakcją wspominał, że dziecko było zaniedbane, nie było odpowiednio przewijane. Miało wyraźnie za małe buciki. Nie mogło rozprostować palców. Państwo Kochowie dziecku kupili nowe buciki, aby mogło normalnie chodzić. Matka szybko postanowiła wrócić do Niemiec.

    Po powrocie do Niemiec, zmieniła miejsce zamieszkania, nie utrzymując z byłym mężem żadnych kontaktów. Jednak po trzech miesiącach Ciesielczyk ponownie straszy matkę, że porwie dziecko. Jednak Ciesielczyk może już niewiele. Gdyby usiłował przekroczyć granicę Niemiec groziłoby mu aresztowanie.

    Niemiecki dziennikarz Mathias Letterbrichler, który opisywał sprawę wspominał, kolejnych groźbach ze strony Ciesielczyka. Ten wolał jednak nie przekraczać granicy Niemiec, najwyraźniej zdając sobie sprawę, że czeka tam na niego więzienna cela.

    Można dodać, iż Ciesielczyk postanowił założyć ugrupowanie „Uczciwość”, którego został liderem. W Tarnowie, tropił zazwyczaj urojoną korupcję. Ciesielczyk na czele ugrupowania „Uczciwość, to jedynie potwierdzenie tezy, że Historia jak widać, potrafi sobie żartować z ludzi.

    O tej historii doskonale wiedział Marek Bober. Jednak nie przeszkadzało to redakcji „Kuriera” lansować Ciesielczyka.

    W Chicago Ciesielczyk krótko pracował w redakcjach Dziennika Chicagowskiego oraz Relaxu, z obu pism został jednak wyrzucony.

    Próbował założyć swoje pismo, „Alternatywa” jednak nic z tego nie wyszło poza długami jakich nabawił się potencjalny wydawca.

    Historią Małgorzaty Ciesielczyk interesowała się prasa niemiecka. W gazetach ukazało się sporo tekstów opisujących gehennę jaką przeszła Małgorzata Ciesielczyk. Z publikacji wynika, iż niemiecka policja zgromadziła na Ciesielczyka pokaźny materiał. Publikujemy tutaj kilka wybranych skanów z prasy niemieckiej, dotyczących sprawy Ciesielczyka.

    Redakcja ProgresforPoland .com

  30. I ten potwór śmie tutaj przyjeżdżać i ubliżać ludziom od agentów!
    Taki bym mu łomot sprawiła, że popamiętałby ruski rok.
    Szkoda, że tak daleko mieszkam. Aż w Seattle.
    Obudźcie się Chicagowiacy!
    Zamiast urządzać mu wieczorynki wsadźcie go w za ciasne buty i pogońcie nazad batogami.
    Wbić go na pal, to za mało!

      • Bob, nie bądź chamem. Pani Kruszewska jest całkiem do rzeczy, zresztą moja kumpelka ze studiów. A czy z ciebie znowu jakieś macho? Kurdupel jesteś i łysiejesz. A pachniesz nieładnie.

  31. Co to za tytuł: “Ciesielczyk, upierdliwy….” Upierdliwy to trywializm, (od pierdzieć, smrodzić) a chyba Progress For Poland nie jest szmatławcem ?

  32. Jak pamiętamy Andrzej Czuma wprost oskarżył Andrzeja Jarmakowskiego o agenturalność. Co więcej sugerował, że nie można znaleźć dokumentów nt. Jarmakowskiego w archiwum IPN, gdyż został on przekazany przez SB – jako agent – UOP, co wymusiło objęcie teczki Jarmakowskiego klauzulą tajności. Zapewne sąd rozstrzygnie już wkrótce spór obydwu dżentelmenów. Niedawno ktoś mi powiedział, nieważne, czy Jarmakowski był czy nie był agentem, istotne jest to, że jego działania są tak szkodliwe jakby nim był.

    Często SB odnosiła znacznie więcej korzyści z działań ludzi, którzy formalnie nie byli TW SB, niż z aktywności zarejestrowanych agentów. W podręcznikach szkoleniowych KGB zawsze podkreślano, że najcenniejsze usługi oddają tzw. „agenci wpływu”, byli oni dla Sowietów cenniejsi niż klasyczni szpiedzy czy formalni tajni współpracownicy.

    Od kilku lat Jarmakowski obnosi się po Chicago z materiałami z IPN, które miałyby przekonać czytelnika, że jest czysty jak łza. Ostatnio zlokalizowany został przeze mnie w IPN zbiór dokumentów pod sygnaturą IPN BU 2203 / 146, który zawiera materiały sprawy SMW-8/830/89 założonej w 1989 roku przez Wydz. VIII Departamentu I. MSW, w której występuje wpis „Karta personalno-operacyjna Jarmakowski Andrzej”.

    Dokument z IPN 1

    Z dokumentów tych dowiadujemy się, że Andrzej Jarmakowski, ur. 24 listopada 1953 roku w Gdańsku, spotykał się z rezydentem SB funkcjonującym w konsulacie PRL w Chicago, a rozmowę z nim chciał za wszelką cenę zachować w tajemnicy. Przekazywał przy tym różne informacje funkcjonariuszowi zatrudnionemu oficjalnie w placówce dyplomatycznej PRL w Chicago.

    Rezydent SB, podpisujący się pod raportem (z dnia 19 września 1989 roku) ze spotkania z Jarmakowskim pseudonimem „RUSH” tak pisze do centrali :

    „Z inicjatywy Andrzeja Szypuły (…) oraz Andrzeja Jarmakowskiego (…) odbyłem rozmowę ‘prywatną’ w dniu 19 września br. (…) Rozmówcy pragnęli przedyskutować następujące tematy: (…) Przygotowanie oceny Konsulatu generalnego PRL w Chicago”.

    W zdumienie może wprawić taka tematyka spotkania dwóch działaczy polonijnych z pracownikiem komunistycznej placówki dyplomatycznej. Dlaczego chcieli rozmawiać o przygotowaniu oceny komunistycznych urzędników w konsulacie? Na to pytanie znajdziemy odpowiedź na końcu raportu rezydenta SB. Omawiając z „Rushem” sprawę utworzenia „Banku Rzeczypospolitej”, Jarmakowski i Stypuła sugerowali komunistycznemu dyplomacie, że „praktycznie fundusze te (przeznaczone dla w/w banku, przyp. MC) znalazłyby się w rękach ‘Solidarności’, która nie gwarantuje ich właściwego wykorzystania. Mają w tym względzie już pewne doświadczenie, że znaczna część przekazywanych wcześniej funduszy ginęła w prywatnych rękach poszczególnych działaczy ‘Solidarności’.”

    Były aktywny działacz „Solidarności”, Jarmakowski, nie wystawia więc zbyt pochlebnego świadectwa związkowi i to w rozmowie z komunistycznym urzędnikiem, a w praktyce rezydentem SB w konsulacie PRL w Chicago.

    Dokument z IPN 2

    Jarmakowski i Stypuła obiecali w czasie rozmowy z „Rushem” dostarczyć do konsulatu PRL w Chicago dokumenty dotyczące utworzenia na terenie USA „banku inwestycyjnego” wraz ze swymi uwagami na ten temat. „Rush” w swoim raporcie z tego spotkania pyta przełożonych: „Jeżeli są sugestie Centrali co do tej inicjatywy, proszę o instrukcje”. Dlaczego Jarmakowski i Stypuła tak ochoczo chcieli współpracować z konsulatem RPL, a dokładniej mówiąc z „Centralą” „Rusha”?

    Dokument z IPN 3

    Najbardziej jednak kuriozalną częścią rozmowy Jarmakowskiego i Stypuły z rezydentem SB w Chicago jest wspomniane już wyżej przygotowanie oceny pracowników PRL-owskiego konsulatu. „Rush” raportuje do swej warszawskiej centrali: „Po dłuższym owijaniu w bawełnę, po dokonaniu ‘wewnętrznej narady’, przyznali się, że zostali poproszeni przez wysoko postawione osoby w Warszawie z kręgu ‘Solidarności’ o dokonanie oceny działalności Konsulatu Generalnego PRL w Chicago (…) ocena ta może być … wykorzystana do sugerowania ew. zmian kadrowych”. By uspokoić swoją warszawską centralę, „Rush” dodaje jednak zaraz: „Dla uspokojenia Pana, ocena ta nie jest negatywna i taka zostanie przekazana do Polski kanałem ‘LOT-owskim’.”

    Dokumnet z IPN 4

    Jarmakowski i Stypuła mieli więc dokonać oceny komunistycznej załogi konsulatu PRL i w rozmowie z rezydentem SB w tego konsulatu zapewnili go – jak sam to relacjonuje – że ocena ta będzie pozytywna (z jednym tylko wyjątkiem). Co więcej, zostanie czym prędzej przekazana LOT-owskim samolotem do Warszawy. PRL-owska załoga konsulatu nie ma więc powodów, by obawiać się utraty pracy, gdy przyjdzie czas zmian personalnych.

    Kontekst całej sprawy uprawnia do twierdzenia, że Jarmakowski i Stypuła chcieli w ten sposób przypodobać się komunistycznemu urzędnikowi z PRL-owskiej placówki dyplomatycznej. Sami w czasie rozmowy stwarzali wrażenie, że oczekują pomocy ze strony „Rusha” w kilku sprawach.

    Ktoś mógłby w tym miejscu spróbować bronić Jarmakowskiego i Stypuły – np. że nie zdawali sobie sprawy z kim rozmawiają etc. Następna część raportu „Rusha” pokazuje jednak, że obydwaj doskonale wiedzieli, co robią. Rezydent SB pisze: „ Obaj rozmówcy wielokrotnie podkreślali, a wręcz prosili, abym żadnych szczegółów naszej rozmowy nikomu dalej nie przekazywał. Prosili o zrozumienie, że w przypadku ujawnienia tego faktu mogą być zaatakowani przez swoich kolegów z ‘Solidarności’ jak również przez tut. wściekłych pismaków (rozmowa z przedstawicielem reżimu)…”

    Dokumenta z IPN 5

    Z dalszej relacji „Rusha” dowiadujemy się, że spotkanie to nie było bynajmniej pierwszym kontaktem Jarmakowskiego i Stypuły z rezydentem SB z konsulatu generalnego PRL w Chicago i że wszystkie dotychczasowe ich konsultacje z PRL-owską placówką utrzymywane były w tajemnicy. „Rush” raportuje: „…. dotychczas mogli liczyć na moją dyskrecję”. Z raportu „Rusha” wynika także jednoznacznie, że Jarmakowski i Stypuła cieszyli się zaufaniem komunistycznego konsulatu: „Na podstawie dotychczasowych kontaktów – datujących się od pobytu Min. Kłosa (? MC) w Chicago – uważam, że przekazywane przez nich informacje były prawdziwe i znajdowały późniejsze potwierdzenie.”

    Dokument z IPN 6

    Pod podpisem „Rusha”, w swego rodzaju PS-ie, inny rezydent o pseudonimie „Stak”, który przewija się w wielu dokumentach i w różnych spraw dotyczących rezydentury SB w Chicago, dopisał uwagę: „Proszę o zapoznanie się z całością pkt 5 ….’STAK’ „. Punkt ten dotyczył oceny pracowników konsulatu w Chicago. Jak widać ocena ta (pozytywna, jak zapewniali Jarmakowski i Stypuła) leżała na sercu rezydentom SB.

    Można oczywiście próbować usprawiedliwiać kontakty Jarmakowskiego i Stypuły z Konsulatem PRL w Chicago, gdyż był to już wrzesień 1989 roku. Nie zapominajmy jednak, że np. dopiero trzy miesiące po tej rozmowie nazwisko Krzysztofa Raca zostało usunięte z listy osób niepożądanych w Polsce, że był to nadal konsulat PRL, a nie RP i że nie tylko do końca 1989, ale także w ciągu następnego 1990 roku komunistyczna Służba Bezpieczeństwa działała bez żadnych przeszkód i była w tym czasie realną siłą zagrażającą w dalszym ciągu Polakom. Z dokumentów zgromadzonych w IPN wynika jednoznacznie, że SB gromadziła także w 1990 roku donosy TW na współobywateli, prowadziła analizy i przygotowywała plany w niezmienionym, PRL-owskim stylu.

    Na podstawie zaprezentowanych dokumentów czytelnicy mogą sami ocenić, czy kontakty Jarmakowskiego i Stypuły z „Rushem” mogły być szkodliwe dla Polonii i Polski. Marek Ciesielczyk .” I co pan na to ?

    • Wszyscy wiedzą, że Jarmakowski proces o zniesławienie (i uporczywe nękanie na Internecie) z SB-kiem Czumą wygrał.

    • No tak, w 1990 roku, po upadku komunizmu spotkałem się z konsulem z Wydziału Handlowego konsulatu RP w Chicago. Premiera Tadeusza Mazowieckiego znałem osobiście z czasow Solidarnosci. Wielkim przezyciem była jego wizyta w Chicago i spotkanie z nim w konsulacie w Chicago. czy też Mazowieckiego należało bojkotować?
      I tak dalej, i tak dalej.
      Byłem także w Konsulacie,na konferencji prasowej gdy na polecenie Edwarda Moskala wyrzucano konsula Huberta Romanowskiego. Wiedziałem o nagonce na jego osobę. W moim domu rozmawiałem o tym z ministrem w gabinecie Lecha Wałęsy Grzegorzem Grzelakiem, moim przyjacielem z RMP z Gdańska. Nie widzę w ogóle powodu tłumaczenia się z tego powodu. To chyba oczywiste. Robienie komus zarzutu z faktu, że spotykał się z reprezentantami rządu Tadeusza Mazowieckiego jest podłością. Tak przy okazji, kiedyś, także u mnie w domu, wraz z Hubertem i Grzegorzem Grzelakiem rozmawialismy o zorganizowaniu w Konsulacie wystawy dotyczącej demonstracji jakie odbywały się pod Konsulatem RP w czasie walki o niepodległość. Niestety nie zdążylismy. Grzelak, Aram Rybcki odeszli z kancelarii Lecha Wałęsy, Hubert został odwołany. Edward Moskal, nienawidzący Solidarności w tej sprawie niestety odniósł zwycięstwo. O tej nienawiści Moskala do ludzi Solidarności jednoznacznie mówią dokumenty SB, omawiane także na tym portalu.

  33. Jarun
    Twoje rewelacje są powszechnie znane. To fabrykacja opracowana i obliczona na zniszczenie działacza POMOSTU. Wiele tych fabrykacju było i wielu ludzi w ten sposób zniszczono.
    Robili to tacy, jak Ty. Nasłani rozbijacze Polonii. Zawodowi.
    Czuma był szczególnie utalentowany w tym procederze i długo trenowany. Ciesielczyk to drugi cwaniak. A ilu ich jeszcze pośród nas jest?
    Wiadomo, że SBecja fabrykowała zaprezentowane przez Ciebie “dokumenty”.
    Więc nie ośmieszaj się.
    Jarmakowski został tak opluty i sponiewierany, że z pomocą dr. Sławomira Cenckiewicza uzyskał wgląd w swoje dokumenty, które są w IPN-ie.
    Skutkiem tego, w roku 2006 otrzymał dokument Instytutu Pamięci Narodowej potwierdzający jego status pokrzywdzonego. Materiały opisujące jego opozycyjną przeszłość odebrał w jego imieniu pełnomocnik dr Sławomir Cenckiewicz, który skomentował wszystko w osobnym publicznym oświadczeniu.

    Nikt nie da się już nabrać na Twoje “rewelacje” Jarun.
    Powtarzasz stare SB-ckie kłamstwa.
    A swoją drogą, czemu nie zajmiesz się prawdziwymi agentami i szkodnikami wśród Polonii. Jest np. taki Jerzy Prus, prawdziwy SBek, który wart jest Twojej uwagi.

    • Ba Jarun to poprostu gnojek. W dodatku występuje w kilku postaciach,czyli pod kilkoma nazwiskami. Mam pytanie, jeśli ktoś wie- Czy gnojek Jarun mieszka w okolicach Chicago? Czy w Polsce?

  34. MOJE UWAGI O CIESIELCZYKU

    Nigdy Ciesielczyka nie spotkałem i tak naprawdę nigdy nie chciałbym go spotkać. W latach dziewięćdziesiątych był obibokiem postsolidarnościowym, pełnym zadufania w sobie literackim cwaniaczkiem, dziennikarzyną pisującym kiepskie teksty, a wymagającym zawsze zamieszczania jego fotografii (chyba od pierwszej bar micwy, bo taki młody, szczuplusieńki, łysienki na niej wyglądał) i pokaźnej noty biograficznej, w której prawdziwość nie wierzyłem. Żądał zawsze podawania tytułu doktorskiego przy swoim nazwisku, co nie jest stosowane w dziennikarstwie. Dla Ciesielczyka było to jednak bardzo ważne.
    Dlaczego od pierwszej chwili nie wierzyłem w jego talent czy uczciwość dziennikarską? Głównie dlatego, że nie mogłem pojąć, jak człowiek z przeciętnej małomiasteczkowej rodziny potrafił trafić na studia w Niemczech i to w czasach komuny. Wiadomo, kto wtedy bywał na Sorbonach, Oxfordach czy w London School of Economics. Raził mnie ogromny tupet i hucpowatość Ciesielczyka, obrażały wręcz jego wymagania kierowane do Polonii, że akurat takich ludzi jak on powinna finansować. Zdrowo naciągnął i oszukał na grube tysiące dolarów moich przyjaciół, którzy dość nieopatrznie powierzyli mu redagowanie swojego pisma “Alternatywa”. Sprawa oparła się o sądy. Poszkodowani wygrali.
    Niestety, Polonia amerykańska nie potrafiła sprostać wymaganiom Ciesielczyka, nie chciała korzystać z jego usłużnych wypracowań na temat najrozmaitszych, bolesnych spraw; po prostu bano się donosicielskiego i awanturniczego charakteru jego „publicystyki”. Stąd nie trudno było mi przekonać mojego kolegę i wydawcę, pana Michała Kuchejdę, do rezygnacji z publikowania „wypracowań” Ciesielczyka. Poza tym, nie wierzyłem w jego wykształcenie, nie udało mi się bowiem uzyskać informacji na temat jego pracy naukowej, wykładów na uniwersytetach amerykańskich i europejskich. Nikt tam nie potrafił odnaleźć jego nazwiska.
    Podobne opory wobec Ciesielczyka miał również mój kolega redakcyjny, Andrzej Jarmakowski. Andrzeja znałem od pierwszych dni jego pobytu w Chicago, działał niezwykle ofiarnie, podkreślam – niezwykle ofiarnie – w POMOŚCIE, nie żałował sił i czasu na nasze pomostowe akcje, był skarbnicą wiedzy na temat „Solidarności”. Poza tym, był z Gdańska, gdzie go znano i szanowano. Dla POMOSTU stanowił niezwykle wartościowy nabytek; był skarbem, jak to mówiono – nie do oszacowania. To on i śp. Joasia Budzyńska postawili na nogi kwartalnik „POMOST”, zrobili go pismem żywym i aktualnym. Co prawda, po doskoku do POMOSTU Andrzeja Czumy, Joanna od nas odeszła, ale zawsze pozostaje w mojej pamięci, jako ta nieustannie gotowa do wytężonej pracy. Z Jarmakowskim tworzyli niezwykle efektywny team.
    Protestowałem, kiedy to Ciesielczyk rozpoczął nagonkę na red. Jarmakowskiego. Nie wierzyłem teś w żadne słowo, które wypowiadał pod adresem Jarmakowskiego. Wiem, że kierowała nim patologiczna nienawiść, bowiem Jarmakowski, doskonale rozeznany w pejzażu politycznym Polski, a zwłaszcza w sprawach „Solidarności”, był ogromną konkurencją dla Ciesielczyka, uzurpującego sobie monopol eksperta w tej dziedzinie.
    Ciesielczyk traktował zawsze swoja niby-pracę społeczna jako źródło dochodu. Lubił żyć cudzym kosztem, korzystać z kuchni, samochodu, wakacji na „krzywy ryj”. Zobowiązań wobec ludzi nie traktował poważnie – to akurat to ”ciemne, polonijne bydło” miało mu zapewnić wysokie standardy życiowe, miało pracować po to, by sponsorować jego luksusowe życie.
    Nie udało się. Uważano go za węszącego wszędzie szpicla, za natrętną wszę łonową, faceta gotowego szkalować wszystkich i wszystko dla pieniądza. Na szczęście, dość szybko zorientowano się, co sobą naprawdę reprezentuje. Wiadomości z prasy niemieckiej o jego znęcaniu się nad żoną i o porwaniu dziecka zrobiły swoje. Donosy do urzędu emigracyjnego, m. in. na córkę znanego działacza antykomunistycznego w Chicago, sprawiąy że znaczna część Polonii amerykańskiej odwróciła się do niego. Był coraz bardziej wyizolowany. Tracił grunt pod nogami. Zabrakło lekkich pieniędzy na utracjuszowskie życie i wakacje w tropikach, na różne figle-migle, w których gustował, a za które w jego wieku już trzeba, niestety, płacić.
    Wrócił do Polski. I tam zaczął od nowa tę samą działalność. Założył nawet Instytut Polonii w jakiejś wiosce pod Tarnowem, choć wiadomo, że są już inne – prowadzone fachowo i pod kontrolą. Dostał nawet od Komorowskiego order, on, którego ścigały w Niemczech listy gończe za przestępstwo kryminalne. Ponieważ nie ma obywatelstwa amerykańskiego, musi co roku pojawić się w Stanach, by przedłużyć „zieloną kartę”. To kosztuje. Ale po co jest Polonia amerykańska? No, i zaczął „ujawniać agentów”. Nie wszystkich, oczywiście i przeważnie urojonych. Tych z pieniądzmi, to on nie ruszył, bo miał na nich swoje widoki.
    Jedną z jego pierwszych ofiar stał się Andrzej Jarmakowski. Oczywiście, środowisko POMOSTU, ci, którzy jeszcze żyją, zaprotestowało. Odezwał się znawca tego problemu, wybitny polski historyk, dr Sławomir Cenckiewicz, który dał ostrą, merytoryczną odprawę Ciesielczykowi – odrzucając jego insynuacje wobec red. Andrzeja Jarmakowskiego.
    Ci, którzy pragnęli poznać prawdę, wysłuchali Cenckiewicza. Natomiast, małe grono ludzi, żądnych niezdrowych sensacji, dalej wspiera Ciesielczyka. Znalazły się też gazety, które udzieliły poparcia Ciesielczykowi, drukują bez sprawdzania jego rewelacje na temat własnego dorobku i dolewają oliwy do ognia. W Nowym Jorku znalazł się wśród tych gazet „Nowy Dziennik”, pismo, w którym rozpocząłem moje dziennikarstwo pod kierunkiem dr. Tadeusza Siuty, w Chicago – „Kurier Chicago”, redagowany przez Marka Bobera, naszego dawnego kolegę z pism Chemigraphu.
    Nie uwierzono Cenckiewiczowi – reklamowano nadal kłamcę Ciesielczyka. Dlaczego?
    Marek Bober poinformował mnie po wystąpieniu Ciesielczyka, że ten miał powiedzieć, iż przeprowadziłem wywiad z konsulem reżimowym w konsulacie, że miałem kontakty i rożne takie brednie. Marek, który mnie zna, nie odpowiedział Ciesielczykowi, że to nieprawda – Marek upierał się, że to ja powinienem się z tego wytłumaczyć!. A wiedział, że nigdy nie byłem w konsulacie, przez 25 lat – od 1968 r., nie byłem w Polsce, nie mogłem nawet tam pojechać na pogrzeb matki. Wiedział o moim prawicowym, antykomunistycznym zaangażowaniu w sprawy polskie na emigracji – a jednak nie oponował. No cóż, bywają i tacy przyjaciele.
    A była taka rozmowa w Chicago, którą mi zrelacjonowano. Rozmawiało dwóch dziennikarzy:
    – Kogo tu jeszcze wymienić?
    – Nie bardzo wiem, wszyscy już na emeryturze. Babcia Krysia jeszcze przędzie w „Zwiazkowym”, ale ona pisze tylko o duperelach..
    – Jest jeszcze „Gwiazda Polarna”
    – W Chicago jej nie znajdziesz, ale jest w Stevens Point Dusza.
    – Od dawna go nie ma. Dusza już dawno umarł.
    – Gówno umarł. Lizakowski tylko tak pieprzy…
    – Ale on był zawsze taki pier…. katolik, bogobojna ikona dla weteranów i starej gwardii. Pomostowiec.
    – No to co?
    – No to, kurwa, weźmiemy się za tę ikonę!
    ———-
    Każda rozmowa w kołach polonijnych jest natychmiast referowana zainteresowanym.
    I proszę Państwa, z braku kandydatów, Andrzej Jarmakowski i Edward Dusza stali się tematem wystąpień cwaniaczka Ciesielczyka.
    Mój przyjaciel, Marek Bober, zapowiedział w piśmie człowieka, którego poważam, pana Adama Ocytki, że będzie mowa o dziennikarzach polonijnych, pracujących dla reżimu.
    Pomyślałem: Wierzewski, przyszły mi jeszcze na myśl inne nazwiska. Byłem w błędzie. Miałem przyjaciół. Zapomniałem o tym.
    Pomijam już fakt, że ciągle jestem dziennikarzem, ciągle publikuję i ciągle mam prawo spotykać się z kim chcę, bo to mój zawód. Nie udzielam informacji, ale je zbieram, bo to część mojej pracy. Całe moje życie pracowałem w dziennikarstwie, z wyjątkiem okresu w Fundacji Kościuszkowskiej, gdzie również pozostawałem w tym zawodzie, będąc stałym kontrybutorem „Tygodnia Polskiego”, „Orła Białego”, jak również „Gazety Niedzielnej”. Publikowałem w pismach polonijnych na całym świecie. Za tę moja pracę otrzymałem odznaczenia – nie od Kwaśniewskiego czy Komorowskiego, ale od prezydentów Edwarda hr. Raczyńskiego i Ryszarda Kaczorowskiego.
    A wywiad z konsulem polskim, rzeczywiście, przeprowadziłem z okazji słynnego „otwarcia teczek” w konsulacie. Rozmowę tę prowadziłem z konsulem Hubertem Romanowskim, Panie, świeć nad jego duszą, bo był to człowiek szlachetny i prawy. Pierwszy, niekomunistyczny konsul w Chicago, brutalnie atakowany przez komunistyczne pozostałości w Chicago. Rozmowa, jednak, odbyła się poza budynkiem konsulatu – to gwoli faktom.
    Jedynym zaś kontaktem „Gwiazdy Polarnej”, gdzie pracowałem, była niespodziewana wizyta urzędnika z ustępującego zespołu konsularnego w redakcji „Gwiazdy”, która przebiegła w obecności Leszka Zielińskiego, ówczesnego redaktora naczelnego i mojej, jako dyrektora Wydawnictwa „Punkt”.
    O polityce nie było mowy, chłopak ten zresztą wyjeżdżał do kraju. To wszystko. „Gwiazda Polarna” nigdy nie kontaktowała się z ludźmi władz reżimowych. To była jej zasada. Szkoda, że Ciesielczyk nie zna zajść na Uniwersytecie Wisconsin z tow. Hieronimem Kubiakiem, oraz wystąpieniu Edwarda Duszy w TV Wausau, channel Nr 9, w pamiętnej chwili inwazji Sowietów na Afganistan. Ale on, rzetelny historyk, i tak by napisał tylko to, co by mu przyniosło pieniądze.
    Sumując, nie wierzę w rewelacje Ciesielczyka na temat wielu osób ze środowiska Polonii amerykańskiej w Chicago. Absolutnie zaprzeczam kłamstwom tego fałszerza historii na temat redaktora Andrzeja Jarmakowskiego, ofiarnego społecznika, autentycznego działacza Solidarności, zawsze bezinteresownego i gotowego do niesienia pomocy innym, który, co najważniejsze, nikomu z ręki nie jadł i na patriotyzmie się nie dorabiał, który nigdy nie oszukał innych, dlatego może przeszedł tę samą, co my, biedę emigracyjną. Choć czasami nasze opinie na rożne sprawy mogą się nie pokrywać, co przecież jest objawem normalności, to jednak zawsze zdobywamy się na spokojną, rzeczową dyskusję, nie obrażając się wzajemnie. Jarmakowski ma dodatkowo niezwykle ważną a rzadką zaletę: potrafi zachować spokój, umiar i dystans wobec nurtujących nas problemów. Zdobywa się też często na wysiłek rozwiązania tych problemów, na które już inni dawno położyli krzyżyk. Cechuje go szlachetność, którą mogłem wcześniej dostrzec u postaci z powieści Żeromskiego: szlachetność budowniczych szklanych domów. Konstruktorów nowej, lepszej, romantycznej rzeczywistości.
    Ciesielczyk natomiast, jest brutalnym, kłamliwym demagogiem, małym człowieczkiem, zwykłym chamskim brutalem, który zmiata wszelkie szklane budowle wokół siebie, niszczy ludzi i krzywdzi dzieci. Takiemu człowiekowi nie można podać ręki bez obrażenia samego siebie.
    Teraz dojeżdża do Chicago, aby skłócać i tak już podzieloną Polonię amerykańską. Kto za jego podróże płaci, kto mu wydaje książki, pokrywa diety, rachunki, hotele? Ciekawe, bardzo ciekawe.
    Ale doczekamy dnia, kiedy wszystko będzie jasne.
    Ciesielczyk, krótko pracując w „Dzienniku Chicagowskim”, okazał się nierobem. Praktycznie nic nie robił, przychodził rano, z zapasem taniego piwa. Opracował idiotyczny tekst na temat, kto jest agentem. Wyszło na to, że cała redakcja, to agenci. Wszyscy byli podejrzani. Współpraca z nawiedzonym lustratorem okazała się niemożliwa. Jarmakowski, który na temat historii służb specjalnych sporo napisał, mówił, że Ciesielczyk posiada zaskakujące braki wiedzy. Nie wierzył, że mógł on skończyć studia w tym zakresie. Jego wiedza historyczna w tym zakresie była na żenująco niskim poziomie, a usiłował uchodzić za eksperta w tej dziedzinie. Tak samo nie potrafił się posługiwać katalogami w IPN i prosił, by go tego nauczono. Przecież to podstawa dla historyka. Uczą tego już w szkołach średnich.
    —-
    Edward Dusza

  35. Andrzej Tadeusz Jarmakowski (ur. 21 października 1953 w Gdańsku) – polski historyk, działacz gdańskiej „Solidarności”, tej pierwszej, prawdziwej, walczącej z PRL-em; członek „Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela i „Ruchu Młodej Polski” Aleksandra Halla.
    Magister historii na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Gdańskiego. Aktywny uczestnik niezależnego ruchu wydawniczego, publicysta pisma drugiego obiegu – słynnego „Bratniaka”.
    Poza zasięgiem cenzury, we współpracy z Arkadiuszem Rybickim, wydał 2 prace poświęcone historii Kościoła katolickiego w Gdańsku i Gdyni.
    Jako członek gdańskiej NSZZ „Solidarność” pełnił wiele związkowych funkcji:
    • kierownik działu zarządów regionalnych,
    • kierownik biura organizacyjnego I Krajowego Zjazdu Delegatów
    NSZZ „Solidarność”,
    • wicedyrektor biura krajowego NSZZ „Solidarność”.
    Podczas stanu wojennego internowany w Strzebielinku, w tej samej celi co Lech Kaczyński i Henryk Jagiełło. Dokumenty dotyczące jego opozycyjnej przeszłości znajdują się w Instytucie Pamięci Narodowej.
    Emigrant polityczny.
    W Stanach Zjednoczonych od razu włączył się w działalność niepodległościową. Był członkiem Komitetu Wykonawczego Ruchu Społeczno-Politycznego „POMOST” i członkiem redakcji miesięcznika o tym samym tytule; wieloletni redaktor naczelny nieistniejącego już „Dziennika Chicagowskiego”. Obecnie, redaktor naczelny portalu ProgressForPoland.com.
    Andrzej Jarmakowski był jednym z 6-ciu świadków w procesie przeciwko reżimowi Wojciecha Jaruzelskiego, jaki toczył się w Genewie.
    Przez wiele lat zajmował się badaniem biznesowych powiązań Edwarda Mazura.
    W lutym 2009, tygodnik „Polityka”, powołując się m. in. na Andrzeja Jarmakowskiego, pisał o długach, jakie minister sprawiedliwości Andrzej Czuma miał mieć wobec amerykańskich banków oraz osób prywatnych.
    —–
    Postanowieniem Prezydenta RP z dnia 21 września 2009, za wybitne zasługi w działalności na rzecz przemian demokratycznych w Polsce, za osiągnięcia w podejmowanej z pożytkiem dla kraju pracy zawodowej i społecznej, został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.
    ————
    Andrzej Jarmakowski jest mi znany od zawsze. Byliśmy też razem studentami tego samego Wydziału Humanistycznego UG, razem w „Solidarności” – tej prawdziwej, stoczniowej i razem w konspiracji studenckiej, jeszcze przedsolidarnościowej. Mnie udało się uciec do Wiednia przed stanem wojennym, Jarmakowski został internowany.
    Jeśli ktoś nazwie Jarmakowskiego współpracownikiem SB, to sam się kompromituje w obliczu Prawdy.
    A pan Ciesielczyk już dawno wydał na siebie wyrok, którego wyegzekwowanie jest tylko kwestią czasu.

    Mirosława Kruszewska

  36. MOJE UWAGI O CIESIELCZYKU

    Nigdy Ciesielczyka nie spotkałem i tak naprawdę nigdy nie chciałbym go spotkać. W latach dziewięćdziesiątych był obibokiem postsolidarnościowym, pełnym zadufania w sobie literackim cwaniaczkiem, dziennikarzyną pisującym kiepskie teksty, a wymagającym zawsze zamieszczania jego fotografii (chyba od pierwszej bar micwy, bo taki młody, szczuplusieńki, łysienki na niej wyglądał) i pokaźnej noty biograficznej, w której prawdziwość nie wierzyłem. Żądał zawsze podawania tytułu doktorskiego przy swoim nazwisku, co nie jest stosowane w dziennikarstwie. Dla Ciesielczyka było to jednak bardzo ważne.
    Dlaczego od pierwszej chwili nie wierzyłem w jego talent czy uczciwość dziennikarską? Głównie dlatego, że nie mogłem pojąć, jak człowiek z przeciętnej małomiasteczkowej rodziny potrafił trafić na studia w Niemczech i to w czasach komuny. Wiadomo, kto wtedy bywał na Sorbonach, Oxfordach czy w London School of Economics. Raził mnie ogromny tupet i hucpowatość Ciesielczyka, obrażały wręcz jego wymagania kierowane do Polonii, że akurat takich ludzi jak on powinna finansować. Zdrowo naciągnął i oszukał na grube tysiące dolarów moich przyjaciół, którzy dość nieopatrznie powierzyli mu redagowanie swojego pisma “Alternatywa”. Sprawa oparła się o sądy. Poszkodowani wygrali.
    Niestety, Polonia amerykańska nie potrafiła sprostać wymaganiom Ciesielczyka, nie chciała korzystać z jego usłużnych wypracowań na temat najrozmaitszych, bolesnych spraw; po prostu bano się donosicielskiego i awanturniczego charakteru jego „publicystyki”. Stąd nie trudno było mi przekonać mojego kolegę i wydawcę, pana Michała Kuchejdę, do rezygnacji z publikowania „wypracowań” Ciesielczyka. Poza tym, nie wierzyłem w jego wykształcenie, nie udało mi się bowiem uzyskać informacji na temat jego pracy naukowej, wykładów na uniwersytetach amerykańskich i europejskich. Nikt tam nie potrafił odnaleźć jego nazwiska.
    Podobne opory wobec Ciesielczyka miał również mój kolega redakcyjny, Andrzej Jarmakowski. Andrzeja znałem od pierwszych dni jego pobytu w Chicago, działał niezwykle ofiarnie, podkreślam – niezwykle ofiarnie – w POMOŚCIE, nie żałował sił i czasu na nasze pomostowe akcje, był skarbnicą wiedzy na temat „Solidarności”. Poza tym, był z Gdańska, gdzie go znano i szanowano. Dla POMOSTU stanowił niezwykle wartościowy nabytek; był skarbem, jak to mówiono – nie do oszacowania. To on i śp. Joasia Budzyńska postawili na nogi kwartalnik „POMOST”, zrobili go pismem żywym i aktualnym. Co prawda, po doskoku do POMOSTU Andrzeja Czumy, Joanna od nas odeszła, ale zawsze pozostaje w mojej pamięci, jako ta nieustannie gotowa do wytężonej pracy. Z Jarmakowskim tworzyli niezwykle efektywny team.
    Protestowałem, kiedy to Ciesielczyk rozpoczął nagonkę na red. Jarmakowskiego. Nie wierzyłem teś w żadne słowo, które wypowiadał pod adresem Jarmakowskiego. Wiem, że kierowała nim patologiczna nienawiść, bowiem Jarmakowski, doskonale rozeznany w pejzażu politycznym Polski, a zwłaszcza w sprawach „Solidarności”, był ogromną konkurencją dla Ciesielczyka, uzurpującego sobie monopol eksperta w tej dziedzinie.
    Ciesielczyk traktował zawsze swoja niby-pracę społeczna jako źródło dochodu. Lubił żyć cudzym kosztem, korzystać z kuchni, samochodu, wakacji na „krzywy ryj”. Zobowiązań wobec ludzi nie traktował poważnie – to akurat to ”ciemne, polonijne bydło” miało mu zapewnić wysokie standardy życiowe, miało pracować po to, by sponsorować jego luksusowe życie.
    Nie udało się. Uważano go za węszącego wszędzie szpicla, za natrętną wszę łonową, faceta gotowego szkalować wszystkich i wszystko dla pieniądza. Na szczęście, dość szybko zorientowano się, co sobą naprawdę reprezentuje. Wiadomości z prasy niemieckiej o jego znęcaniu się nad żoną i o porwaniu dziecka zrobiły swoje. Donosy do urzędu emigracyjnego, m. in. na córkę znanego działacza antykomunistycznego w Chicago, sprawiąy że znaczna część Polonii amerykańskiej odwróciła się do niego. Był coraz bardziej wyizolowany. Tracił grunt pod nogami. Zabrakło lekkich pieniędzy na utracjuszowskie życie i wakacje w tropikach, na różne figle-migle, w których gustował, a za które w jego wieku już trzeba, niestety, płacić.
    Wrócił do Polski. I tam zaczął od nowa tę samą działalność. Założył nawet Instytut Polonii w jakiejś wiosce pod Tarnowem, choć wiadomo, że są już inne – prowadzone fachowo i pod kontrolą. Dostał nawet od Komorowskiego order, on, którego ścigały w Niemczech listy gończe za przestępstwo kryminalne. Ponieważ nie ma obywatelstwa amerykańskiego, musi co roku pojawić się w Stanach, by przedłużyć „zieloną kartę”. To kosztuje. Ale po co jest Polonia amerykańska? No, i zaczął „ujawniać agentów”. Nie wszystkich, oczywiście i przeważnie urojonych. Tych z pieniądzmi, to on nie ruszył, bo miał na nich swoje widoki.
    Jedną z jego pierwszych ofiar stał się Andrzej Jarmakowski. Oczywiście, środowisko POMOSTU, ci, którzy jeszcze żyją, zaprotestowało. Odezwał się znawca tego problemu, wybitny polski historyk, dr Sławomir Cenckiewicz, który dał ostrą, merytoryczną odprawę Ciesielczykowi – odrzucając jego insynuacje wobec red. Andrzeja Jarmakowskiego.
    Ci, którzy pragnęli poznać prawdę, wysłuchali Cenckiewicza. Natomiast, małe grono ludzi, żądnych niezdrowych sensacji, dalej wspiera Ciesielczyka. Znalazły się też gazety, które udzieliły poparcia Ciesielczykowi, drukują bez sprawdzania jego rewelacje na temat własnego dorobku i dolewają oliwy do ognia. W Nowym Jorku znalazł się wśród tych gazet „Nowy Dziennik”, pismo, w którym rozpocząłem moje dziennikarstwo pod kierunkiem dr. Tadeusza Siuty, w Chicago – „Kurier Chicago”, redagowany przez Marka Bobera, naszego dawnego kolegę z pism Chemigraphu.
    Nie uwierzono Cenckiewiczowi – reklamowano nadal kłamcę Ciesielczyka. Dlaczego?
    Marek Bober poinformował mnie po wystąpieniu Ciesielczyka, że ten miał powiedzieć, iż przeprowadziłem wywiad z konsulem reżimowym w konsulacie, że miałem kontakty i rożne takie brednie. Marek, który mnie zna, nie odpowiedział Ciesielczykowi, że to nieprawda – Marek upierał się, że to ja powinienem się z tego wytłumaczyć!. A wiedział, że nigdy nie byłem w konsulacie, przez 25 lat – od 1968 r., nie byłem w Polsce, nie mogłem nawet tam pojechać na pogrzeb matki. Wiedział o moim prawicowym, antykomunistycznym zaangażowaniu w sprawy polskie na emigracji – a jednak nie oponował. No cóż, bywają i tacy przyjaciele.
    A była taka rozmowa w Chicago, którą mi zrelacjonowano. Rozmawiało dwóch dziennikarzy:
    – Kogo tu jeszcze wymienić?
    – Nie bardzo wiem, wszyscy już na emeryturze. Babcia Krysia jeszcze przędzie w „Zwiazkowym”, ale ona pisze tylko o duperelach..
    – Jest jeszcze „Gwiazda Polarna”
    – W Chicago jej nie znajdziesz, ale jest w Stevens Point Dusza.
    – Od dawna go nie ma. Dusza już dawno umarł.
    – Gówno umarł. Lizakowski tylko tak pieprzy…
    – Ale on był zawsze taki pier…. katolik, bogobojna ikona dla weteranów i starej gwardii. Pomostowiec.
    – No to co?
    – No to, kurwa, weźmiemy się za tę ikonę!
    ———-
    Każda rozmowa w kołach polonijnych jest natychmiast referowana zainteresowanym.
    I proszę Państwa, z braku kandydatów, Andrzej Jarmakowski i Edward Dusza stali się tematem wystąpień cwaniaczka Ciesielczyka.
    Mój przyjaciel, Marek Bober, zapowiedział w piśmie człowieka, którego poważam, pana Adama Ocytki, że będzie mowa o dziennikarzach polonijnych, pracujących dla reżimu.
    Pomyślałem: Wierzewski, przyszły mi jeszcze na myśl inne nazwiska. Byłem w błędzie. Miałem przyjaciół. Zapomniałem o tym.
    Pomijam już fakt, że ciągle jestem dziennikarzem, ciągle publikuję i ciągle mam prawo spotykać się z kim chcę, bo to mój zawód. Nie udzielam informacji, ale je zbieram, bo to część mojej pracy. Całe moje życie pracowałem w dziennikarstwie, z wyjątkiem okresu w Fundacji Kościuszkowskiej, gdzie również pozostawałem w tym zawodzie, będąc stałym kontrybutorem „Tygodnia Polskiego”, „Orła Białego”, jak również „Gazety Niedzielnej”. Publikowałem w pismach polonijnych na całym świecie. Za tę moja pracę otrzymałem odznaczenia – nie od Kwaśniewskiego czy Komorowskiego, ale od prezydentów Edwarda hr. Raczyńskiego i Ryszarda Kaczorowskiego.
    A wywiad z konsulem polskim, rzeczywiście, przeprowadziłem z okazji słynnego „otwarcia teczek” w konsulacie. Rozmowę tę prowadziłem z konsulem Hubertem Romanowskim, Panie, świeć nad jego duszą, bo był to człowiek szlachetny i prawy. Pierwszy, niekomunistyczny konsul w Chicago, brutalnie atakowany przez komunistyczne pozostałości w Chicago. Rozmowa, jednak, odbyła się poza budynkiem konsulatu – to gwoli faktom.
    Jedynym zaś kontaktem „Gwiazdy Polarnej”, gdzie pracowałem, była niespodziewana wizyta urzędnika z ustępującego zespołu konsularnego w redakcji „Gwiazdy”, która przebiegła w obecności Leszka Zielińskiego, ówczesnego redaktora naczelnego i mojej, jako dyrektora Wydawnictwa „Punkt”.
    O polityce nie było mowy, chłopak ten zresztą wyjeżdżał do kraju. To wszystko. „Gwiazda Polarna” nigdy nie kontaktowała się z ludźmi władz reżimowych. To była jej zasada. Szkoda, że Ciesielczyk nie zna zajść na Uniwersytecie Wisconsin z tow. Hieronimem Kubiakiem, oraz wystąpieniu Edwarda Duszy w TV Wausau, channel Nr 9, w pamiętnej chwili inwazji Sowietów na Afganistan. Ale on, rzetelny historyk, i tak by napisał tylko to, co by mu przyniosło pieniądze.
    Sumując, nie wierzę w rewelacje Ciesielczyka na temat wielu osób ze środowiska Polonii amerykańskiej w Chicago. Absolutnie zaprzeczam kłamstwom tego fałszerza historii na temat redaktora Andrzeja Jarmakowskiego, ofiarnego społecznika, autentycznego działacza Solidarności, zawsze bezinteresownego i gotowego do niesienia pomocy innym, który, co najważniejsze, nikomu z ręki nie jadł i na patriotyzmie się nie dorabiał, który nigdy nie oszukał innych, dlatego może przeszedł tę samą, co my, biedę emigracyjną. Choć czasami nasze opinie na rożne sprawy mogą się nie pokrywać, co przecież jest objawem normalności, to jednak zawsze zdobywamy się na spokojną, rzeczową dyskusję, nie obrażając się wzajemnie. Jarmakowski ma dodatkowo niezwykle ważną a rzadką zaletę: potrafi zachować spokój, umiar i dystans wobec nurtujących nas problemów. Zdobywa się też często na wysiłek rozwiązania tych problemów, na które już inni dawno położyli krzyżyk. Cechuje go szlachetność, którą mogłem wcześniej dostrzec u postaci z powieści Żeromskiego: szlachetność budowniczych szklanych domów. Konstruktorów nowej, lepszej, romantycznej rzeczywistości.
    Ciesielczyk natomiast, jest brutalnym, kłamliwym demagogiem, małym człowieczkiem, zwykłym chamskim brutalem, który zmiata wszelkie szklane budowle wokół siebie, niszczy ludzi i krzywdzi dzieci. Takiemu człowiekowi nie można podać ręki bez obrażenia samego siebie.
    Teraz dojeżdża do Chicago, aby skłócać i tak już podzieloną Polonię amerykańską. Kto za jego podróże płaci, kto mu wydaje książki, pokrywa diety, rachunki, hotele? Ciekawe, bardzo ciekawe.
    Ale doczekamy dnia, kiedy wszystko będzie jasne.
    Ciesielczyk, krótko pracując w „Dzienniku Chicagowskim”, okazał się nierobem. Praktycznie nic nie robił, przychodził rano, z zapasem taniego piwa. Opracował idiotyczny tekst na temat, kto jest agentem. Wyszło na to, że cała redakcja, to agenci. Wszyscy byli podejrzani. Współpraca z nawiedzonym lustratorem okazała się niemożliwa. Jarmakowski, który na temat historii służb specjalnych sporo napisał, mówił, że Ciesielczyk posiada zaskakujące braki wiedzy. Nie wierzył, że mógł on skończyć studia w tym zakresie. Jego wiedza historyczna w tym zakresie była na żenująco niskim poziomie, a usiłował uchodzić za eksperta w tej dziedzinie. Tak samo nie potrafił się posługiwać katalogami w IPN i prosił, by go tego nauczono. Przecież to podstawa dla historyka, politologa, Uczą tego już w szkołach średnich.
    —-
    Edward Dusza

  37. Informacje Jaruna są wysoce przedawnione.
    I to ma być ten słowiański bóg odrodzenia i nadziei. Bóg odkłamywania, niosący prawdę, dobro i trud powstawania, narodzin”.
    Coś tu nie halo…

  38. NIE! Chcę wam tylko pokazać, że nijaki Ciesielczyk pasożytuje na waszych emocjach. Trzeba go zamilczeć “na śmierć” w komentarzach. Ile razy wam cymbałom mam powtarzać, że Ciesielczykowi nie chodzi o udowodnienie czegoś tam w.sz. Jarmakowskiemu ale o wywołanie wrzawy! A wy robicie za tzw. poleznych idiotów (pożytecznych idiotów)

  39. Z jednej strony Jarun ma rację, że pasozytuje na wrzawie. Jenak Ciesielczyk odbyl riundę po wielu polonijnych programach, dziwię się także, że wpuścił go na łamy z relacją Nowy Dziennik, ktore szanowałem. Dziwię się, że zrobionu mu taką propagandę. W tej sytuajci, kiedy facet w mediach, publicznie opowiada piramidalne brednie, trudno milczeć, rozumiem redakcję i popieram.

    Uważam także, iż dziennikarze, którzy dali mu do reki mikrofony, rozmawializ nim powinni ustaunkowac się do kryminlanych wyczynów Ciesielczyka. Zamiseszczone tutaj teksty z niemeickiej prasy są jednoznaczne. Dziennikarze dający czas antenowy facetowi, który katuje zonę, jest ścigany przez prawo kompromitują się. Oczekuje przeproszenia za to, że Ciesielczyka dopuszczenia do mikrofonu.

  40. Jak dla mnie to Ciesielczyk rzucił…gównem, a wy cymbały to rozmazujecie. Pewnie obce wam są obce “trzy mądre małpki” ?

  41. W kurniku na Jackowie zaraz rozgdacze się kwoczka Mirusia, dołączy do niej gąska Jolusia, zapieje Profesorek, potem dołączy Wiktorek, zaszczeka kundelek Jonhny- AARozporek. Będzie swojsko i przytulnie jak w kurniku. Znów Paradziu nie wytrzyma i zrobi w gacie siku. Obserwator z wielkim hukiem walnie kupę. A Kruszynka znów nastawi swój stary kuper….itd

  42. No, dobrze, moze Ciesielczyk jest be, porwal coreczke, czyli wywiozl do innego kraju bez pozwolenia matki, moze nie byl wielkim dziennikarzem, moze nie byl zbyt pracowity, moze lubi wozic sie na “krzywy ryj”, moze musi tu przyjezdzac, aby odnowic zielona karte. OK. Ale co jest w jego ksiazce? Co ma do powiedzenia Ciesielczyk teraz? Zanim przylacze sie zbiorowej nagonki, chcialbym wiedziec, co mowi druga strona.

    • Najpierw matke skatowal.
      Dziecko wywiozl za ocean i trzymal je w za ciasnych bucikach, zeby tez troche mialo za swoje.
      Oj, glupiś ty, Polonusie stary.
      Czy swoje dzieci też tak torturujesz?

  43. Korupcja pokonana. Zajmiemy się teraz kulturą

    KAZIMIERZ PANEK

    A więc znowu zawitał do „wietrznego miasta”’ nasz wieloletni przyjaciel, specjalista od zwalczania korupcji w Tarnowie i od drenaży polonijnych kieszeni w Chicago. Tym razem wystąpił w roli impresario, proponując „Dni Kultury „Tarnowsko-Dąbrowskiej”.
    Ale po kolei.
    Kilkanaście lat jego ofiarnej walki z hydrą tarnowskiej korupcji przynosiło, niestety, bardzo mizerne rezultaty. Jedynie paru naiwnych polonusów (biję się mocno w piersi) supłało dla niego, od czasu do czasu, kasę, przeważnie podczas jego periodycznych tutaj wizyt. Nie była to żyła złota, ale wystarczyło na pocztówki z wakacji w ciepłych krajach, które regularnie przesyłał nam przez Internet. Zawsze to miło, gdy ktoś o nas pamięta.
    Chyba jednak ta kilkunastoletnia walka musiała zakończyć się w końcu sukcesem i wyplenieniem tej – jakże podłej – korupcji, ponieważ ostatnio jakoś nic o niej nie słychać, a jej zaciekły wróg, zawsze tak elokwentny, nabrał także wody w usta w tym temacie.
    Ja osobiście w tej sprawie nie mogę wiele powiedzieć, wiem jedynie to, co „sparrows” w Chicago i wróble w Tarnowie ćwierkają. Z góry zaznaczam, nie pretenduję do roli wielkiego ornitologa, ot, co nieco obiło mi się o uszy.
    A fama głosi, że po ukręceniu łba (łbów?) tej tarnowskiej Hydrze został on nagrodzony wyjątkowo ciepłą posadką przez starostę Dąbrowy Tarnowskiej i objął stanowisko Dyrektora Centrum Polonii w Brniu. Nagroda ta jest zrozumiała chociażby ze względu na to, że dokonał tego sam jeden, pomimo że zajęło mu to blisko piętnaście lat.
    Jak wiemy, Herakles pokonał swoją Hydrę w ciągu jednego dnia. No, ale naszemu przyjacielowi trochę jeszcze do niego brakuje. Chociaż, oglądając jego napięte bicepsy na tych pocztówkach, myślę, że niewiele.
    Jest to także zrozumiałe i z tego względu, że w Chicago postrzegany jest jako wybitny polski polityk walczący z korupcją (kandydował przecież na posła, na senatora, a nawet i na prezydenta!), to na pewno w Polsce, z racji ciągłych tu wizyt, uważany jest za wybitnego znawcę Polonii. Stąd pewnie to Centrum Polonii…
    Brzmi to nawet dosyć ładnie. Choć „Światowe” brzmiałoby na pewno jeszcze lepiej.
    Pomogło mu zapewne i to, że wszyscy, którzy czytają jego „profile”, które zawsze umieszcza na swoich ulotkach wyborczych, dochodzą pewnie do wniosku, że jedyny Ważny Uniwersytet, którego nasz Pan Doktór Profesor jeszcze nie wizytował na szerokim świecie, znajduje się chyba tylko w Timbuktu, a może też i w Ułan Bator. Chociaż za ten ostatni nie ręczę.
    Dziwi mnie tylko to, że wszędzie tam, gdzie Pan Profesor „wizytował”, znają język polski, bo przecież jest to jedyny, który Pan Profesor zna w miarę dobrze, żeby coś zrozumiałego powiedzieć.
    Za wyjątkiem tak często używanego przez nas słowa „dziękuję”, co mogą poświadczyć nie tylko wróbelki.
    Podczas zeszłorocznej (2009 roku), bardzo szeroko reklamowanej tu wizyty, Pan Profesor usilnie starał się o kontakt z pewną polonijną fundacją, podobno finansowaną między innymi przez Wspólnotę Polską. Widocznie kontakt ten obficie zaowocował, bo jak chodzą słuchy, Wspólnota szczodrą ręką potroiła mu i tak niemałą już pensyjkę Dyrektora Centrum. Jeżeli się mylę w tym temacie na plus lub minus, to będzie to wina tego ćwierkania…
    Można też teraz zauważyć u Pana Profesora radykalną zmianę poglądów na politykę.
    PiS jest już be, nawet bardzo, bardzo be. Natomiast „światowej sławy historyk” Jan Tomasz Gross, czołowy polakożerca, kłamca i oszust historyczny, oraz Pan „Profesor” (również jak i nasz bohater, tylko z własnego nadania) „Nestor Polskiej Dyplomacji”, wyjątkowo ohydny w swoich wypowiedziach i działaniach, Władysław Bartoszewski, zaproszeni zostali do Centrum Polonii na wykład o Holokauście. Pogratulować Panu Dyrektorowi, Doktorowi i Wizytującemu Profesorowi doboru prelegentów oraz tak nagłej, ale – jak widzimy – bardzo intratnej zmiany poglądów!
    Żeby już zakończyć o polonijnych osiągnięciach Pana Profesora, wypadałoby wspomnieć o jego tutaj stosunkowo krótkiej roli „Naczelnego Redaktora” pewnego tygodnika. Zachęceni opowieściami o bombowych materiałach na temat korupcji w Tarnowie i w Polsce, będących podobno w jego posiadaniu, kilkunastu z nas złożyło się po pięć tysięcy i założyliśmy korporację. Znając doskonale warunki, w jakich wydawane było kilka polonijnych pisemek, zaproponowałem skorzystanie z mojego komputera i pokoju w moim domu, ale zostałem przez Naczelnego wyśmiany.
    To samo spotkało kilka moich propozycji na nazwę tygodnika.
    Usunąłem się więc w cień, a Naczelny zaczął z grubej rury. Wynajął kilkupokojowe biuro, zakupił na kredyt cztery drogie komputery, przyjął grafika i zaopatrzył się w dosyć kosztowny aparat fotograficzny. Następnie przez prawie dwa miesiące robił osobiście zdjęcia wynajętym modelkom w celu wykonania winiety pierwszego wydania.
    Miała to być fotografia rzekomo nagiej, młodej, koniecznie bardzo ładnej dziewczyny, zasłaniającej sobie najbardziej intymną część ciała napisem „Naga Prawda”.
    I to miał być bezapelacyjnie tytuł naszego tygodnika.
    Po powrocie z kilkutygodniowej podróży służbowej dowiedziałem się, że w końcu wkurzeni akcjonariusze zadecydowali dużą większością głosów, aby podziękować Naczelnemu i to w trybie natychmiastowym.
    Pan Profesor odwoływał się potem do stanowych agencji, żądając jeszcze jednej tygodniówki należnej Naczelnemu Redaktorowi, którą w końcu daliśmy mu ją sami dla świętego spokoju.
    Obrażony Pan Wizytujący Profesor zabrał swoje „bombowe” materiały, wrócił do Tamowa i znalazł sobie nowych inwestorów na podobną eskapadę.
    Niestety, zakończyła się ona też identycznie jak i ta nasza, po kilku tygodniach.
    Wróćmy teraz do ostatniego wcielenia naszego bohatera w roli impresario.
    Może nie wszyscy to zauważyli, ale mieliśmy w Chicago „Dni Kultury Tarnowsko-Dąbrowskiej” Wraz z zespołem dwu młodych, podobno obiecujących aktorów, amatorów, przyjechał Pan Doktór Profesor (tak zawsze tytułowany przez nich w rozmowach z postronnymi osobami).
    Wystąpili w kilku skeczach pod ogólną nazwą „Ildefonsjada”.
    Kupowałem kiedyś zawsze „Przekrój” między innymi dla Gałczyńskiego, którego humor, unikalny w swoim stylu, pozwalał zawsze na chwilę odprężenia i zapomnienia o wypocinach realizmu socjalistycznego. Ten teatr „Zielona Gęś”, tego się nie da już nawet naśladować. Nie te czasy, nie te talenty, no i nie ten ustrój. Teraz też i wszechpotężna „kasa” na to nie pozwala. I widownia też inna.
    Zakończyło się więc wszystko, zgodnie z przewidywaniami tych, którzy znają możliwości Pana Doktóra i Wizytującego Profesora.
    A może też dla tych młodych ludzi to były za wysokie progi?
    Jeden z tych młodych aktorów wygrał konkurs na opis różnych ordynacji wyborczych.
    Nagrodą był kilkudniowy pobyt na Jamajce, no i oczywiście w Chicago. Pogoda w Krakowie nie pozwoliła mu jednak na terminowy wylot, tak że na Jamajkę pojechał tylko Pan Profesor i nie miał kto przywieźć zespołu do restauracji DIDI w piątek, 3 grudnia, chyba na próbę. Notabene, ciekawe kto zafundował Panu Profesorowi tę kolejną wizytę na tej turystycznej wyspie i czy przy okazji „wizytował” jakiś tam ważny uniwersytet? Znając go dobrze wiem, że lubi łączyć przyjemne z pożytecznym… ale tu ugryzę się w język.
    Co można powiedzieć o samych występach? Pozwolę sobie pominąć ocenę poziomu artystycznego. Jeżeli zaś chodzi o organizację całej imprezy, to była to kompletna klapa, pasująca idealnie do wszystkiego, do czego Pan Profesor kiedykolwiek rękę przyłożył. Szkoda słów.
    Ale na pewno Pan Doktór Wizytujący Profesor Marek Ciesielczyk odtrąbi to w Tarnowie jako jego kolejny sukces. Być może. Chociaż tu po wszystkim podobno sam się uderzył w piersi, tak że my już nie musimy robić tego za niego.
    A szkoda…. Taka przysługa by mu się bardzo przydała.

    PS. Przeglądając Internet natrafiłem na Domy lub Centra Polonii prawie w każdym większym mieście w Polsce. Adresy, telefony, nazwiska prezesów lub dyrektorów, sekretarek, itd., itd. „Wspólnota Polska” musi mieć dużą kasę. Nie tak jednak dużą, żeby coś zrobić dla największego skupiska Polaków za granicą, właśnie tutaj, w Chicago.
    Bo my jesteśmy tylko od dojenia przez takich niektórych polityków, impresario, profesorów… itd. itd.

    Kurier Chicago, 25 lutego – 3 marca 2011, str. 44
    xxxxx

    Niezrozumiałe w tym wypadku jest zapowiadanie w niedawnej przeszłości “profesora doktóra” Marka Ciesielczyka.

  44. Ciesielczyk rozbija się teraz po Ameryce, prawdopodobnie za pieniądze durnych Polonusów. A tymczasem u Tarnowie mówią, że od dawna współpracuje z Mosadem, jak również donosił po po tej, i po tamtej stronie oceanu. Wiadomo, że w Ameryce doniósł do urzędu emigracyjnego na córkę działacza niepodległościowego, obecnie Komandora Rajdu Katyńskiego, wielkiego patrioty, Wiktora Węgrzyna. Naciągnął również na duże pieniądze i przegrał proces z grupą wydawców pisma, gdzie był najęty za redaktora. Jak zwykle, zrobił wszystkich w konia i pojechał w tropiki robić sobie fotki w skąpych slipach, które pewnie kupiły mu u Marshalla jego chicagowskie gejsze (rodem też z Tarnowa). No bo Kawa, co korespondowała z prezydentem RP, córka tej słynnej wróżki uzdrowicielki przecież jest z tego miasta! Może o tym dużo powiedzieć znany działacz niepodległościowy, Jacek Kawczyński z Chicago. Teraz ten cwaniak z Tarnowa opluwa znane i szanowane osobistości na Polonii. A tutejszy “Kurier” ogłasza go na swoich łamach. Wstyd, panie Bober! Potem będzie pan zamieszczał artykuły ofiar, które Ciesielczyk bezkarnie atakuje dzięki też wsparciu “Kuriera”. Bo tak już było! Uważaj pan, bo może się zdarzyć, że pański wydawca przejrzy na oczy i trzeba będzie rozejrzeć się za bardziej dla pana właściwą robotą. Chyba, że wolał pan będzie oddać się lekturze dzieł Ciesielczyka w długiej kolejce po zasiłek dla bezrobotnych.
    .

  45. Panie Bober! Czy Pan rowniez katuje swoja żonę jak lansowany przez pańskie pismo Ciesielczyk? Jeżeli tak, to który z was jest sprawniejszym damskim bokserem?

    • Dziwię się Panu Boberowi, że koleguje się z takim kryminalistą-lustratorem i go jeszcze reklamuje w gazecie pana Ocytki.
      Wstyd Ocytko!!!!!

  46. jako agent Progresu poszedłem na spotkanie z Cieselczykiem. Przyszlo raptem 12 osób, w tym dwoje ogentów Progresu. Uzyskałem ksiazkę z podpisem idioty Ciesielczyka. Ciesielczyk sprytnie manipulowal kilkoma słuchaczami, opowiadając brenie o Panach Jarmakowskim (najwięcej) o Panu Duszy i Panu Kochu, wspominał także o jego małżonce. Apelował, aby na jego stronę dawac znać o naduzyciach. On podróżując po 80 kilometrów zq darmo Ciesielczyk studiuje dokumenty. Wiemy więc, że jarmakowski rozmawiał z konsulem juz po upadku komunizmu. No i co z tego? Edward Dusza przeprowadził wywiad z Hubertem Romanowskim. No i co z tego? Jarmakwski zstraszył właścicieli lokali, gdzie miał Ciesielczyk przemawiać pierwotnie. Taki straszy agent z tego Jarmakowksiego. Jak mafioso z Sycylii zastraszy i wszyscy graja jak chce. Dlaczego nie ma żadnych dokumedntów na Jarmakowksiego, bo sa tajne i on Ciesielczyk dotrzec nie może. Rewelacji zero, faktów zero. Widac natomiast wielka, chorobliwą personalną nienawiśc do ludzi, którzy narazili się temu tarnowksiemu kretynowi Markowi Ciesielczykowi

  47. Z lasu za ocean
    Agenturalna przeszłość Tadeusza Chabrowskiego
    __________________________________

    Autor: SŁAWOMIR CENCKIEWICZ

    Był 7 września 1961 r. w Częstochowie. Świeżo wyświęcony kapłan z Zakonu Świętego Pawła Pierwszego Pustelnika (paulinów), ojciec Wacław (Tadeusz Chabrowski) z Jasnej Góry umawia się z dwoma funkcjonariuszami Służby Bezpieczeństwa. Jest kandydatem na agenta bezpieki. Ze względu na bezpieczeństwo operacji por. Mirosław Rak i mjr Ryszard Puchała proponują ojcu Wacławowi wyjazd do lasu. „Kandydat pozytywnie ustosunkował się do takiego spotkania, zaznaczając, że należy z jego strony zachować ostrożność, ponieważ władze klasztorne zwracają uwagę na ich kontakty z osobami świeckimi” – napisali polscy czekiści w sprawozdaniu. W lesie doszło do umówionej rozmowy. Ojciec Wacław paląc papierosy mówił, że chce wyjechać do Stanów Zjednoczonych. Podkreślał, że „chciałby się oderwać od obecnych władz klasztornych”, że „nie podoba mu się atmosfera, jaka obecnie panuje na Jasnej Górze”. Chaotyczne
    nieco i zbyt ogólnikowe wynurzenia przerwał jeden z oficerów, prosząc o bliższą charakterystykę konkretnych paulinów z Jasnej Góry. Obiecał udzielenie pomocy w wyjeździe za ocean. Ojciec Wacław pomyślał przez chwilę, po czym wyraził chęć przekazania takich informacji. Prosił o czas na przygotowanie się do bardziej konkretnej rozmowy. Funkcjonariusze zgodzili się i ustalili następny termin spotkania.

    Werbunek
    Podczas kolejnych spotkań – 26 września i 12 października 1961 r. – Chabrowski przekazał szereg ważnych informacji o współbraciach z zakonu (m.in. na temat ojców: Salezego Strzelca, Chryzostoma Szewczyka, Romana Bożeja i Lucjusza Terasińskiego). Treść przekazanych informacji została sprawdzona i potwierdzona. Bezpieka uznała go za godnego zaufania informatora, który w przyszłości „może stać się cenną jednostką w sieci tajnych współpracowników”. Od początku jednak bezpiece przyświecał jeden cel – zwerbować Chabrowskiego w celu przerzucenia go do Stanów Zjednoczonych do klasztoru paulinów w Doylestown, w Pensylwanii.
    Okazją było wytypowanie o. Wacława przez jego przełożonych zakonnych do pracy duszpasterskiej w środowisku polonijnym w Ameryce. W związku z tym w kwietniu 1961 r. złożył on podanie o paszport. Pierwsze rozmowy z zakonnikiem prowadził jego dawny kolega szkolny por. Rak. Formalny werbunek Tadeusza Chabrowskiego nastąpił 12 października 1961 r. Wówczas o. Wacław sporządził własnoręczne zobowiązanie do współpracy, do którego dołączył krótki życiorys. W deklaracji o współpracy z SB czytamy: „Zobowiązuję się zachować w ścisłej tajemnicy moją współpracę ze S[łużbą] Bezpieczeństwa. Zobowiązuję się nigdy nie zdradzać Ojczyzny a w wypadku ujawnienia wrogiej działalności przeciwko Polsce L[udowej] będę meldował zainteresowanemu pracownikowi. Dla lepszej konspiracji będę występował pod pseudonimem Leon. T. Chabrowski Leon”. „Nie jest fanatykiem religijnym i w zasadzie w zakonie nie znalazł się z
    powołania” – napisał mjr Puchała, oficer prowadzący „Leona”, wobec którego występował jako „Ryszard Stefański”, a jednocześnie kierownik specjalnej grupy operacyjnej SB w Katowicach rozpracowującej klasztor na Jasnej Górze w Częstochowie.

    Poszukiwany „Leon”
    9 grudnia 1961 r. TW ps. „Leon” wyleciał samolotem do Paryża, a stamtąd do Stanów Zjednoczonych. Przed wylotem mjr Puchała poprosił „Leona” o przesłanie kartki z pozdrowieniami i nowym adresem, co miało oznaczać gotowość do kontynuacji współpracy. Tak też się stało. W styczniu i lutym 1962 r. Chabrowski przesłał dwie pocztówki z nowym adresem w Doylestown. W związku z tym, zgodnie z zasadami obowiązującymi w bezpiece, Tadeusz Chabrowski został wyrejestrowany z sieci agenturalnej Wydziału III Komendy Wojewódzkiej w Katowicach. Jego opiekun z SB napisał w podsumowaniu, że mimo krótkiego okresu współpracy, „Leon” przekazał cenne informacje na temat zakonników, które posłużyły do dalszej pracy operacyjnej.
    Kwalifikacje „Leona” sprawiły, że mjr Puchała poinformował o jego wyjeździe do USA Departament I MSW (wywiad cywilny PRL). Zgodnie z procedurami, Departament I przekwalifikował sprawę TW ps. „Leon” na sprawę kontaktu informacyjnego kryptonim „Leonard”. Wywiadowcy dali czas „Leonardowi” na aklimatyzację w Stanach Zjednoczonych. Postanowili skontaktować się z nim dopiero we wrześniu 1963 r. Z obawy przed amerykańskim kontrwywiadem (FBI) na miejsce spotkania wybrano Rzym, gdzie do października przebywał ojciec Wacław. Jednak w tym czasie okazało się, że „Leonard” zamiast w domu zakonnym w Rzymie, przebywa często w prywatnych mieszkaniach, spotyka się ze znajomymi, a nawet podróżuje po całej Europie. Był tak zaaferowany prywatnymi sprawami, że nie miał nawet czasu na spotkanie ze swoim bratem Stefanem.

    „Chcę być wielki”
    Z teczki „Leonarda” wynika, że raczej nie wiedział on, iż w Rzymie chcą się z nim skontaktować wywiadowcy z SB. Nie orientował się także, że bezpieka cały czas kontroluje jego korespondencję z rodziną, zakonnikami z Jasnej Góry i znajomymi… O wielu tajemnicach „Leonarda” SB wiedziała od agentury w Rzymie i zakonie, w tym zwłaszcza od jego przyjaciela z Częstochowy ojca Celestyna (ekonom generalny zakonu), który również współpracował z bezpieką. Z korespondencji i innych źródeł informacji wynikało, że „Leonard” ma już dość życia zakonnego, jest skłócony z ojcem Michałem Zembrzuskim z Doylestown, prowadzi w zasadzie świeckie życie i zamierza porzucić kapłaństwo. „Rwą we mnie wody, porywa mnie mój własny nurt. Chcę być wielki, walczyć z Kościołem, bo go kocham więcej niż swoją duszę i ciało” – pisał poetycko w jednym z listów.
    Znów pojawił się plan dotarcia do „Leonarda”. Tym razem podjęto ryzyko kontaktu w Doylestown. Sprawę przekazano do realizacji agentowi o ps. „Elita”, który pracował wówczas w Biurze Radcy Handlowego w Nowym Jorku. Później w operację odszukania „Leona” włączył się funkcjonariusz rezydentury wywiadowczej PRL w Nowym Jorku o kryptonimie „Edo”. Bezpiekę interesowały głównie sprawy polonijne – duszpasterstwo oraz organizacje i ich finanse.

    Dekonspiracja „Leonarda”
    Kiedy na przełomie 1963 i 1964 r. lustrowano klasztor i okolice Doylestown w celu organizacji bezpiecznego spotkania z „Leonardem”, z rezydentury wywiadu PRL w Nowym Jorku zbiegł szyfrant Stanisław Szymonik ps. „Ewa”, który oddał się w ręce służb amerykańskich. W Departamencie I MSW analizowano wszystkie dokumenty, sprawy i informacje, do których miał dostęp Szymonik. W wewnętrznego postępowania wynikało, iż Szymonik znał sprawę Chabrowskiego i we wrześniu 1963 r. pisał o nim w szyfrówce wysłanej do Warszawy. W takich sytuacjach w wywiadzie obowiązuje tylko jedna zasada – rezygnacja z całej agentury, którą poznał „zdrajca”. Losy „Leonarda” był więc przesądzone. W 1964 r. uznano, że „Leonard” jest spalony, a jego personalia jako agenta tajnych służb PRL są znane FBI. Postanowiono zatem złożyć jego teczkę w archiwum i nie szukać z nim kontaktu. Jednak za pomocą agentury obserwowano jego
    działania. Z docierających informacji wynikało, że Chabrowski jest otwarty na współpracę z komunistami. Poza tym, jak donosił współpracownik „Kozik” w maju 1967 r., Chabrowski nie ukrywał, że bliżej mu do świeckiego życia niż zakonnego. Ostentacyjnie nie nosił habitu, a ponadto „w bezpośredniej rozmowie potrafi nawet żartować i kpić z wiary katolickiej, jak i zasad panujących w swoim zakonie”. Niedługo później porzucił kapłaństwo, ożenił się i rozpoczął studia na Uniwersytecie Temple w Filadelfii.

    Gotowy do pomocy
    Mimo tylu zmian w życiu osobistym, Chabrowski wciąż myślał, jak pomóc ludowej ojczyźnie. W sierpniu 1971 r. doszło do jego spotkania z oficerem wywiadu w Nowym Jorku. Podczas rozmowy z oficerem o kryptonimie „Kodi”, Chabrowski zaoferował swoje usługi na terenie Stanów Zjednoczonych. Nieco przesadnie akcentował swoje zasługi dla SB i możliwości operacyjne. Powoływał się na swój rzekomo długoletni kontakt z bezpieką. Wyznał nawet, że podczas pobytu w Irlandii, gdzie w latach 1965-1966 studiował na Uniwersytecie Katolickim w Dublinie, bezpieka inspirowała jego wystąpienia telewizyjne. „Leonard deklaruje dalszą współpracę z nami. W jego opinii płaszczyzną mogłoby być jego wykorzystanie na odcinku ośrodków uniwersyteckich. Zgadza się na uplasowanie się we wskazanym przez nas ośrodku uniwersyteckim po uzyskaniu doktoratu” – relacjonował „Kodi”. Jednak SB nie mogła pozwolić sobie na błąd w sztuce.
    Amerykanie doskonale wiedzieli, kim jest Tadeusz Chabrowski ps. „Leonard”, więc jego przydatność agenturalna na terenie Stanów Zjednoczonych była żadna i mogła narazić interesy komunistów na szwank.

    W pierwszej połowie lat siedemdziesiątych Tadeusz Chabrowski mieszkał z żoną Zofią i teściową w małym apartamencie przy Norman Avenue (Greenpoint) na Brooklynie w domu należącym do byłego weterana, Kazimierza Zawalicha. Wtedy to właśnie przyszedł na świat jego syn. Chabrowscy mieli kłopoty finansowe, stąd poeta postanowił się „przekwalifikować” i zdobyć nowy zawód – optyka.
    Jeszcze wtedy nie wykazywał on żadnego zainteresowania Centrum Polsko-Słowiańskim. Potężnym jego wrogiem był wówczas znany działacz endecji, Jerzy Pancewicz, który posiadał rozległe koneksje wśród Polonii, a takze amerykańskich służb specjalnych i który „coś o Chabrowskim wiedział”. Kiedy zaproponowano zatrudnienie Chabrowskiego w Centrum, Pancewicz zdecydowanie i gniewnie zaoponował. Zresztą jakąkolwiek działalność w środowisku zbliżonym do CP-S blokował Chabrowskiemu znany dziennikarz, dr Leszek Szymański, założyciel słynnego pisma Współczesność, którego na krótko zatrudniono w Centrum. Krytycyzm Szymańskiego wobec metod dzialania ks. Longina Tołczyka oczywiście przerwał tę współpracę. Tołczyk zaczął bać się jak ognia wszystkich literatów. Jakakolwiek szansa zatrudnienia w Centrum została przesunięta w czasie. Chabrowski umiał jednak czekać. No i doczekał się.

    W późniejszych latach Tadeusz Chabrowski pozostał lojalnym wobec PRL polonusem i mało utalentowanym poetą, flirtującym od czasu do czasu z komunistycznym konsulatem. Przez długie lata był dla komunistów jedynie „pożytecznym idiotą” (określenie Lenina) „przerzucającym mosty” pomiędzy Polonią a Polską Ludową. Jednak dla antykomunistycznej Polonii był od zawsze jedynie zwykłym oportunistą i „dwustołkowiczem” uzurpującym sobie miano reprezentanta Polonii w kontaktach z Krajem. Niestety, był równie ambitny, co skuteczny, a to z czasem przełożyło się na jego pozycję zawodową i społeczną w środowisku polonijnym Nowego Jorku, które powierzyło mu prestiżowe stanowisko prezesa w Centrum Polsko-Słowiańskim. Szkoda, że mając wciąż tyle do powiedzenia o sobie Tadeusz Chabrowski, eksponując liczne nagrody i dokonania, konsekwentnie zapomina o postaci „Leona”.

  48. Szkoda,że Ciesielczyk, pisząc o ludziach z Chicago, pomija inne osoby, o której współpracy z SB mówi się od dawna. O niektórych woli milczeć, bo wystarczy ich jeden telefon do adwokata, aby go uspokoić i zmusić do odwołania bredni, które głosi. Dobrze, żeby przeczytał artykuł prawdziwego historyka, dr. Sławomira Cenckiewicza o poecie Chabrowskim. Zupełnie inna metoda, zupełnie inne podejście do tematu… No i nie ma tam ani pomyj, ani nienawiści, zupełnie odwrotnie niż u pana profesora z Tarnowa… Ciesielczyk nie potrafi tak napisać, nawet, gdyby mu rękopisy poprawiała pani Kawa… A tematów na jego trasie było tyle: “Nowy Dziennik” naładowany lewactwem, Milada Zapolnik, Małgorzata Ćwiklińska-Terientiew, towarzystwo Piotra Mroczka… Byłoby o kim pisać.

  49. Pan Ocytko uwielbia odwoływać się do katolicyzmu, nawet pomnik Chrystusa chciał budować. Lansowany przez niego pan Ciesielczyk porywal własne dziecko, bił zonę, zajmował się fotografią erotyczną, oprócz tego był pospolitym złodziejem i naciągaczem. Co to ma wspólnego z katolicyzmem? Jeżeli ludzie odwołujący się do wartości chrześcijańskich lansują takiego typa jak Ciesielczyk to albo są skrajnymi hipoktytami, albo ich intencje są bardzo nie czyste.

Skomentuj

Prosze wpisz komentarz!
Wpisz Imie: