Chicago tuż przed wyborami

6
381

belmontDo wyborów w Chicago pozostało niewiele czasu. Senna kampania wyborcza, podczas której niewiele mówiono o problemach miasta, wbiegła na ostatnią prostą. W Chicago, podobnie jak w kilku innych, wielkich amerykańskich metropoliach, mamy do czynienia, z klasą uprzywilejowanych mieszkańców, którzy w samorządach miejskich zajmują większość stanowisk. Do klasy tej zaliczyć można pracowników miejskich, policjantów, strażaków, nauczycieli. Pracownicy z uprzywilejowanych zawodów korzystają z rozlicznych przywilejów, na przykład emerytalnych i wielu innych.

Ich przywilejów bronią sądy. Sędziowie, muszą zabiegać o poparcie potężnej, w wielkich aglomeracjach maszyny partyjnej, bez jej poparcia, czy wbrew jej, trudno cokolwiek w mieście uzyskać. Także dlatego tak trudno w sądzie wygrać z miastem.

Podstawowy, nierozwiązany problem lokalnej polityki polega na tym, że przez wiele dziesięcioleci lokalni politycy podpisywali ze związkami zawodowymi, reprezentującymi uprzywilejowane grupy zawodowe kontrakty, których miasto nie jest w stanie dotrzymać. W trwającej kampanii wyborczej jedynie nieśmiało jeden z kandydatów mówił o tym, iż burmistrz Rahm Emanuel będzie musiał w drastyczny sposób podnieść podatki od nieruchomości, co może spowodować, że prowadzenie biznesu w Wietrznym Mieście stanie się zupełnie niekonkurencyjne.

Uprzywilejowane grupy zawodowe nie zamierzają rezygnować ze swoich przywilejów, nauczyciele ze swoim potężnym związkiem zawodowym trzęsą lokalną polityką. Chicago zmuszone zostało w tym roku do wyskrobania 600 milionów dolarów, aby uratować fundusze emerytalne uprzywilejowanych grup społecznych.

Burmistrz tworząc coraz więcej szkół „charterowych” , obniżając i tak dramatycznie niski poziom edukacji, tnąc koszta w systemie edukacji, odwleka nadejście Czasu Apokalipsy dla Chicago. Jak napisał analityk agencji Moody’s „dla Chicago w końcu on nadejdzie, gdyż nie można zaczarować matematyki”. Tak, jak nie udało się zaczarować matematyki w Detroit.

W Chicago lokalna polityka zamienia się od kilku lat w licytację populistycznych haseł. Jeszcze raz potwierdzone zostało stare prawidło demokracji, że lepiej wykształceni ludzie dokonują mądrzejszych wyb0orów politycznych. W Chicago trudno oczekiwać dobrych wyborów. Lokalna polityka w takim wypadku zamienia się działania zwalczających się rozmaitych klik. W tej sytuacji wielu nie uczestniczy w wyborach, frekwencja w lokalnych chicagowskich wyborach jest niska. Ludzie nie wierzą, że ich głos może cokolwiek zmienić uważają, że lokalna polityka przypomina świat z powieści Orwella. Na pewno demokracji nie sprzyja fakt, iż w wielu okręgach urzędujący radni miejscy nie mają opozycji. Brak możliwości wyboru, to fatalna wiadomość dla demokracji.

Celowo do uprzywilejowanej klasy nie zaliczyłem ludzi biznesu, ci bowiem płacą najwięcej dla utrzymania chorego systemu. Lokalna polityka pełna jest nieuczciwych zagrywek, pospolitych fauli.

Obecnie obserwujemy w mieście proces zadziwiających zmian. Tylko jeden przykład. W 30 okręgu wyborczym, obejmującym dawne Jackowo zmiany zachodzą z prędkością kosmicznej rakiety. Ponieważ Polacy wyprowadzają się, zmniejszyła się liczba dzieci uczęszczających do katolickich szkół na Jackowie i w parafii św Władysława. Czy jednak znaczenie miała tylko zmniejszająca się liczba dzieci we wspomnianych szkołach? Niektórzy twierdzą, że powstała swoista konspiracja złożona z lokalnych polityków, działająca na rzecz zamknięcia tych szkół. Likwidacja szkoły na Jackowie dla dziejów Polonii w Chicago posiada symboliczny charakter. Zarówno na Jackowie, jak i w okolicy kościoła św. Władysława mieszkało wielu naszych rodaków, którzy niegdyś walczyli w armii generała Hallera. Obecnie dzielnice te utraciły polski charakter, jeden za drugim padają polonijne biznesy, choć wielu naszych rodaków przyjeżdża z odległych przedmieść na niedzielne nabożeństwa do Bazyliki św. Jacka. Jackowo już nie jest centrum polonijnym. Zostały raptem dwie restauracje i kilka sklepów.

W Chicago mówi się, że ręka lokalnych polityków, w tym aldermana Ariela Reboyrasa przyspieszyła proces depolonizacji Jackowa oraz rejonu ulic Belmont i Central. Mówi się, że alderman zakulisowymi działaniami zachęcał do likwidacji katolickich szkół, licząc na to, że młodzież ze szkół, przynajmniej z ostatnich klas, przejdzie do szkół „Fundacji Aspira” popieranej przez aldermana. Aspira wznosi nową szkołę w centrum Jackowa. Skoro katolicką szkołę trzeba było likwidować z braku wystarczającej liczby studentów, po co ogromnym kosztem wznoszono nową szkołę Fundacji Aspira, a przecież kilkaset metrów dalej na Milwaukee zbudowano inną szkołę? Nie sposób dopatrzeć się tutaj jakiegokolwiek sensu.

Niedaleko nowej, budowanej jeszcze szkoły, zlokalizowany zostanie lombard oraz sklep monopolowy. Bardzo to niebezpieczna biznesowa kombinacja, zwłaszcza niedaleko szkoły. Mówi się, iż w lombardach znajdą się rzeczy pozyskane z włamań w okolicznych mieszkaniach, humory zaś poprawione zostaną po zakupach w sklepie monopolowym.

Lombardy, to w ogóle biznesy popierane przez aldermana Reboyrasa. Alderman jest zresztą hipokrytą. W jednym ze swoich pism, będących w posiadaniu naszej redakcji alderman opowiada się przeciwko powstawaniu kolejnych lombardów na terenie jego wardy. Jednak chwilę później alderman nie miał już nic przeciwko powstawaniu kolejnych trzech lobmbardów. Jest więc za albo przeciw, a raczej chciałoby się powiedzieć jest za a nawet przeciw. Biznesmeni z okolic ulic Belmont i Central wystosowali petycję przeciwko zlokalizowaniu dużego lombardu na ulicy Belmont i Linder. Petycję tą podpisało wiele polskich biznesów jakie ostały się w okolicy. Co z tego? Na rzecz lombardów działali lobbyści firmy prowadzącej te biznesy. Alderman Reboyras udaje rzecz jasna przyjaciela Polonii, wokół niego kręci się kilkoro Polonusów. Jednak ta niegdyś bardzo polska dzielnica Chicago dzisiaj straszy zbitymi dechami. W jaki sposób zaś alderman Reboyras i inni chcieliby rozwiązać budżetowe problemy miasta? O tym nikt nie rozmawia. Ich to nie dotyczy. Chicagowscy radni, nie wszyscy oczywiście, ale wielu uwielbia wydawać nie swoje pieniądze i uważają, że kasa musi być. Jak zabraknie, podniesiemy podatki.

Polonia niegdyś we władzach Chicago miała wielu reprezentantów. Wielu radnych jak Roman Puciński stanowili czołówkę lokalnej polityki w Chicago. Do Polonii należało przez wiele lat, stanowisko clerka miejskiego. Swoich reprezentantów Polonia miała także w Radzie Powiatu Cook. Teraz nie ma nikogo, zaś Polonia nie stanowi znaczącej siły w wyborach. Liderzy polonijnych organizacji łącznie z Frankiem Spulą liderem Kongresu Polonii Amerykańskiej nie są znaczącymi graczami w lokalnej polityce. W ogóle w tej polityce nie istnieją. Nie jest to winą jakiegoś spisku. Potencjał intelektualny tak zwanych liderów i organizacji polonijnych jest mizerny. Polonijne media nie mają zdania na żaden lokalny temat, co najwyżej przetłumaczą tekst z angielskiego na polski z lokalnej prasy. Polonia nie ma żadnego pomysłu dla podupadających dzielnic miejskich, które zresztą szybko mogą wyskoczyć do góry jak „Avondale”. Redakcją „Dziennika Związkowego” organu upadłych polonijnych organizacji jak KPA i ZNP razi brakiem kompetencji, zajmuje się promowaniem bezmyślności i bylejakości.

Niektóre zaś programy radiowe stanowią obrazę dla ludzkiego rozumu. Prasa, media boją się słowo pisnąć w obronie szykanowanych polonijnych biznesmenów. Wybory lokalne w Chicago jakby Polonii nie dotyczyły. Czy można się więc dziwić, że polonijne biznesy jeden za drugim uciekają z Chicago? Nieobecność Polonii w procesie wyborczym pokazuje jak szybko przebiega ten proces.

Oczywiście mamy rodzynki w tym zakalcu jak Anna Góral, czy John Garrido. To jednak za mało, aby mówić, że nadchodzi wiosna.

Andrzej Jarmakowski

Foto: en.wikipedia.org. Skrzyżowanie ulic Belmont i Central kiedyś było polską okolicą.

6 Komentarze

  1. No tak, co racja to racja. Potem ta polmnijna żenada rozpocznie ujadanie, że nikt z nimi się nie liczy, że ich w nosie mają, że inspektor się czepie, że alderman zły. Może to zbyt ostre, ale jak patrzę na tych Polonusów, to na nic innego oni nie zasłużyli. Słabość organizacji polonijnych jest porażąjąca.

  2. Tego nie mamy tamtego nie mamy,Panie Andrzeju ale nie pisnal Pan ani slowem
    ze mamy na ten przyklad scierwomicrophone wazny osrodek zdrowej sily narodu.
    Na Belmontach mamy centrale radia co ma ryja a inni nie maja i nawet nie wiedza
    jakie maja szczescie ze nie maja.

    Tak ze prosze o zdziebko optymizmu bo i te “skarby” nam podprowadza a wtedy
    koniec swiata i gdzie miejscowe matoly beda skladac donosy obywatelskie w poniedzialek.

  3. No niestety nie, zdjęcie pochodzi z czasów, kiedy okolice ulic Belmont Central były bardzo polską okolicą. Na skrzyżowaniu pozostały jakieś esztki po trakcji elektrycznej. Kina Luna też już nie ma, jest za to sklep z kartoflami. “Wszystko płynie jak mawiał stary filozof.

  4. Dzisiejszy Sun Times bardzo podobnie komentuje, dostrzegając polityczną konspirację dotyczącą likwidacji szkół katolickich. Nie ejst tam wymieniona co prawda szkoła na Jackowie, ale wnioski identyczne.

Skomentuj

Prosze wpisz komentarz!
Wpisz Imie: