Bliżej nieprawdy, czyli: kłamstwem w pilotów, obelgami w prezydenta, oszczerstwem w naukowców….

3
525

No i mamy znów nasze awantury smoleńskie, wyciszone na czas wakacji i innych rozgrywek. Skisła zupa odgrzewana strasznie śmierdzi. Oczywiście dodaje się różnych przypraw i manipuluje się, żeby miała ona wygląd demokratycznej dyskusji i ludzie antyrządowi się na to nabierają. A więc opiszmy to jeszcze raz.
Bojownicy smoleńscy będą udawać pokrzywdzonych przez jakichś agentów rządowych i usiłować dalej karmić lud mieszaniną rzewnych wspomnień po ukochanym prezydencie (Korea: ukochany przywódca, czy ojczulek Stalin kochający dzieci się przypomina), albo tytułami naukowymi wybitnych naukowców (nijak nie rozumiem co one mają do tej trywialnej sprawy?). Trzeba więc też dostarczać społeczeństwu wiedzy rzetelnej, o tym jak ta manipulacja wygląda. To rodzi odporność. Jasne, że zawsze jakaś część ludzi bardzo łatwo poddaje się indoktrynacji, ale tego nie zmienimy. Żadne informacje do nich nie trafią. Tego typu ludzie bardzo dobrze podtrzymywali reżimy totalitarne w czasach odcięcia od informacji…
Już zapowiedzi programu TVPInfo Bliżej w wykonaniu prowadzącego Jana Pospieszalskiego, jak zwykle sugerowały, że z demokratycznej dyskusji wyjdzie to co zawsze. I wyszło! Zapowiedź zawsze się zaczyna od pytań retorycznych typu „czy Właściwi mają rację” i od razu wiadomo, że mają. Program służy tylko pozorowaniu dyskusji i promowaniu Właściwego Oglądu Rzeczy. Nigdy nie zajął się tym, o czym piszę od lat, bo zepsułoby to dramaturgię. Żeby nie było nieporozumień: jestem za wymianą poglądów, ale uczciwą, a nie nazywaną uczciwą…
Bardzo to smutno wyglądało, bo tak naprawdę jedynie profesor Kik miał coś oryginalnego do powiedzenia. On nigdy nie przekracza swoich kompetencji i nie insynuuje, w przeciwieństwie do większości uczestników dyskusji. W zamierzeniu prowadzącego miał on spełnić rolę adwokata diabła, czyli „rządowych ekspertów”. Niemniej dobrze, że można zobaczyć z bliska skąd się biorą absurdalne awantury smoleńskie i jak się je uwiarygodnia. Ten niedobry Tusk zapewnił, że media nie są rządowe, tylko publiczne.
Kardynalnym błędem – oczywistym tu – jest rozważanie naukowości różnych ludzi. Jeśli oni mówią nie to, co trzeba, zaraz okazuje się, że na pewno nie mają racji, a nawet są oportunistami i zachowują się niedopuszczalnie. Nie mają też żadnych osiągnięć, co stwierdza naczelna manipulatorka (nazywanie jej dziennikarzem śledczym jest niepoważne) – Anita Gargas, której wytwory prezentowaliśmy już. Oportunistami zostali mianowani rektorzy AGH i Politechniki Warszawskiej, którzy się zdystansowali od profesorów przekraczających swoje kompetencje. Ja za to się dziwię, że dopiero teraz i tak słabo. Niedopuszczalnie się zachowała minister nauki Kudrycka, bo powinna chronić naukę smoleńską, a nie naukę w ogóle (tego się domagałem od niej już dawno). Tak więc wolność nauki ma polegać wg prof. Glińskiego i red. Karnowskiego na udawaniu, że bzdura bzdurą nie jest ino nauką. Karnowskiego wyczynową młodopolską jazdę „dziennikarską” dopiero co prezentowałem.
Ja w każdym razie cieszę się, że minister Kudrycka wreszcie zareagowała – wykonując swoje obowiązki. Rektorzy też dobrze, że zareagowali, chociaż forma i treść tej reakcji świadczyć może o oportunizmie, ale innym. Nie odnosili się do spraw naruszenia zasad naukowych, ale stwierdzali ogólnie, że sobie tak prywatnie profesorowie działają. Niestety: ktoś kto chce uczyć innych zasad reprezentuje te zasady zawsze i prywatnie nie może już np. oszukiwać na podatkach, ani udawać eksperta w sprawach, w których ekspertem nie jest. Wydawałoby się, że jest to takie proste: każdy naukowiec powinien o to dbać!
Kiedy Gazeta Wyborcza pokazuje niedopuszczalne brednie ekspertów zespołu partyjnego udającego parlamentarny w prokuraturze to źle jest bardzo (nie zajmuję się tym skąd je GW miała). Dobrze u Pospieszalskiego jest, gdy skompromitowana pani Gargas wynalazła „śledczo” i przetworzyła różne banialuki o członkach komisji Laska, albo prezentuje fałszywe teorie biniendowców (patrz nasze artykuły). Źle – gdy się wykazuje bezsensowność ich wytworów. Manipulacja polega na tym, że jest to upozorowane na dyskusję między równorzędnymi hipotezami. Lasek jest niedobry, bo nie chce dyskutować z tworami nie mającymi nic wspólnego z prawidłowymi metodami dochodzeniowymi i naukowymi. Rozumiem, że jestem też niedobry, bo przecież niedopuszczalne metody dochodzeniowe zwalczam ile mogę. A Progress jest najniedobrzejszy, bo to publikuje!
Karnowski stwierdził, że państwo abdykowało w tej sprawie i obywatele muszą je zastępować swoimi wystąpieniami. Powiedział to, jak człowiek z poczuciem misji… Nie dziwi po tym jak pisemko wSieci vel Sieci opublikowało to, co opisałem niedawno. Przypominam: państwo to minister Kudrycka i nie abdykowała w tej sprawie, bo zwróciła uwagę na zasady nauki, od czego jest! Państwo to komisje powypadkowe, które pracują jak mogą w danych warunkach. Podlegają one weryfikacji wielostronnej, także przeze mnie. Nie potrafią ich weryfikować siły owładnięte manią prześladowczą i tworzą wszystko pod raz wymyślone przez kiepskich polityków i rodziny niektórych ofiar – tezy.
Słusznie profesor Kik (historyk i politolog z Kielc rozumie!) zwrócił uwagę, że powinniśmy szanować instytucje własnego państwa, w tym komisję badania wypadków lotniczych. Ja wielokrotnie zwracałem uwagę, że od czasów, gdy zwalano prosto winę na tego co zginął wiele się zmieniło. Cały czas w tych sprawach siedzę, więc wiem jak wyglądały dochodzenia powypadkowe przed 1989 r. i widziałem z bliska dochodzenie przełomowe po tragicznej katastrofie kolejowej w Ursusie.
Prof. Gliński oburzał się na niszczenie inicjatywy prezesa Polskiej Akademii Nauk Kleibera, bo dopiero całość może dać jakiś obraz. Oznacza to, że pan Gliński, którego się nam serwuje jako alternatywnego premiera, prezydenta i jeszcze coś – chce zarządzać systemem eksploatacji kraju nie umiejąc oceniać dochodzeń. Przyjmuje każdą głupotę prawie, bo jest odpowiednio umotywowana… politycznie. Red. Pospieszalski stwierdził, że działa filtr polityczny, co przecież było do udowodnienia, jak w każdym jego programie.
Karnowski znów przerywał mówiącym, twierdząc, że to akcja Gazety Wyborczej w celach politycznych była. To instrukcja dla establishmentu ta ich publikacja. Objawił tym kompleks mejnstrimu, o którym dopiero co pisałem. Nie ma komuny, to trzeba to jakoś inaczej nazwać, z czym trzeba walczyć. Myślenie takimi schematami to ciężka choroba społeczna. Debata Kleibera jest potrzebna Polsce, stwierdził, chcąc po raz kolejny wesprzeć tonące pseudohipotezy biniendowców.
Ależ nie jest potrzebna do niczego, prócz stworzenia wrażenia, że są jakieś równorzędne hipotezy. Prof. Kleiber, Gliński ale i Karnowski powinni wiedzieć co to znaczy hipoteza i jak się do niej dochodzi. Na pewno nie na podstawie dorabiania teorii do histerycznych zachowań bliźniaka po śp. Bracie wspomaganych przez tłum na ulicy. Gdyby takowa istniała byłbym pierwszy, który by o niej napisał.
Ciekawą rzecz powiedział prof. Kik: dorobek jednego z profesorów-biniendowców badał i zrobił on na nim wrażenie, ale na pewno ten profesor nie zostałby zakwalifikowany do komisji wypadkowej. Po prostu nie ten zakres kompetencji. Rozumiem, że przez kurtuazję tak stwierdził, zamiast stwierdzić po prostu, że każdy głupi wie, że z obfotografowanej blaszki niewiadomego pochodzenia nie wyciąga się wniosków o katastrofie wielotonowego samolotu.
Gliński przypomniał konferencję smoleńską sprzed blisko roku (patrz nasz artykuł Naukowe fałszowanie dowodów) i zapowiedział drugą – w październiku. Miałyby one podobno spełniać warunki naukowości. No więc ja jeszcze raz protestuję przeciwko takiej naukowości, która nie polega na posiadaniu tytułów. To metody mają być naukowe: a nie krzyki, że jestem naukowcem. Kleiber chce dwie grupy skonfrontować naukowo. Czyli prezes PAN też nie rozumie jakich nadużyć naukowych dokonują biniendowcy? Inżynier mechanik tego nie widzi? Też chce, żeby sprawa jakoś się dalej rozwijała i udawała równorzędną hipotezę? Może na tym przykładzie najlepiej widać jak to do analizowania przyczyn katastrof trzeba mieć adekwatne kompetencje.
Karnowski od dawna powinien wiedzieć co piszę, ale ponieważ to nie pasuje do tej rozróby – udaje, że mnie nie ma. Gliński też twierdzi, że „sprzeczności jest multum”, co ma pozorować, że coś rozumie, a faktycznie pokazuje, że właśnie nie.
Wydawać, by się mogło, że to z powodu niedostatecznej ilości tytułów i przekonania, że naukowość i profesjonalizm polegają na nich. Ale nie: profesor Artymowicz też się okazał nieodpowiedni, a nawet rządowy (w Toronto rząd polski ma swojego!!!), bo miał odwagę się sprzeciwić tej zabawie. Jak wspomniałem wyżej profesorowie tacy jak Kudrycka, czy wspomniani rektorzy też mają tytuły unieważnione przez siły „patriotyczne”. Ważny jest np. tytuł prof. Glińskiego – co nie rozumie! Niedobry jest też Sedlak, bo opisał sprawę zbyt dokładnie i nie w pięćdziesiątym pierwszym obiegu, tylko w Przeglądzie Lotniczym.
Ciekawe, że w tym programie nie padło nazwisko Anodina: przecież wszystko dotyczyło rzekomych jej przyjaciół. Samo podobieństwo opinii miało świadczyć o tym, że dochodzenie jest pod dyktando Rosjan. Karnowski jednak cały czas twierdził, że działa w najczystszym interesie Polski. Nie zgadza się na status kolonialny!
Pospieszalski: to działania społeczne wymuszają działanie i to, że członkowie komisji polskiej jadą kolejny raz do Smoleńska czy Moskwy. Nacisk skorelowanej politycznie grupy społecznej okazał się skuteczny! Gdyby nie pojechali to by była awantura, że nie pojechali, a tak naprawdę to nie wiadomo po co dokładnie… Kto ma być arbitrem dochodzenia do prawdy (takie ładne wyrażenie podłapali!). Sprowokowano konflikt, a teraz arbitra szukają? Co ma zrozumieć telewidz, jeśli jadą po próbki – Pospieszalski załamuje ręce.
Prof. Kik (często występuje w TVPInfo) zwrócił też uwagę na upartyjnienie polskich instytucji państwowych. Polska musi się nauczyć myślenia kategoriami demokracji parlamentarnej. Ta całą rozróba jest związana z tym, że katastrofa miała miejsce w Rosji. I to pisałem…
Dla pokazania jaki ten Lasek jest niedobry pokazano jak mówi, że od pół roku występuje o merytoryczną dyskusję, ale to nic nie daje. Nie był to wybuch. Dla równowagi pokazuje się jako równorzędnego specjalistę Macierewicza. Onże przesłał Laskowi (jeden ze sposobów dywersji przesłać dużo korespondencji o niczym) 600 stron raportów . Stwierdził, że nie istnieją protokoły z oględzin miejsca wypadku i że mają osiemdziesięciu 80 świadków co słyszeli eksplozje.
Nie bardzo wiem czego miał dotyczyć ten szyderczy rechot Agnieszki Kublik, o którym wspomniał bezstronny dziennikarz Pospieszalski. Na pewno jest ona też niedobra! Jak można zwalczać nasze bzdury???
Na koniec zajęto się sondażami politycznymi i ich związkiem z awanturami smoleńskimi. I wszystko było jasne.
Widziałem ostatnio jak w akrobacyjnym samolocie odpadło skrzydło całe. I mimo to wylądował. Na pewno będzie to dowód dla Antoniego M. i prof. Glińskiego, że samolot prezydencki też mógł. Bo na tym poziomie są prace zespołu. Nawet gdyby wykryli coś ważnego to nikt tego nie zauważy w morzu bzdur.
Podsumowując: dochodzenie nie jest z założenia sprawą naukowców, tylko dochodzeniowców, którzy mogą używać nauki. Albo sami być naukowcami od czegoś, albo wiedzieć jakie elementy dochodzenia trzeba rozpatrywać naukowo i gdzie. Udawanie, że tego nie napisałem wielokrotnie, albo że nikt tego nie czytał co napisałem tutaj i na blogu – jest śmieszne. Taka postawa pozwala bez końca deliberować w takich programach i komisji partyjnej (tam są tylko członkowie jednej partii, ale się udaje, że tak nie jest), a także atakować członków komisji rządowej.
Pozoruje się fachowe rozważania używając wyrażeń z zakresu dochodzeń: związki przyczynowo-skutkowe, dochodzenie do prawdy, analizy, dowody – bez żadnej wiedzy co one oznaczają. Pokazywanie pogiętej blaszki, której fotografie ze wszystkich stron miałyby świadczyć o wybuchu przypomina kabaret, gdzie klown opowiada o zmiętej kartce papieru różne historie. Twierdzenie, że profesora nie można skrytykować za takie coś jest po prostu skandalem. Kompletnym brakiem wiedzy o tym co to są dochodzenia. Środowiska naukowe powinny dbać o to, żeby eliminować takie wydarzenia, a także wspierać dobre rzeczy. Wymądrzać się każdy może na każdy temat, ale poważni ludzie nie mają obowiązku udawać, że to nie jest głupie. Ja na temat motyli się nie wypowiadam, ale gdy prof. Niesiołowski o nich mówi to rozumiem o co chodzi.

Rafał Wodzicki, ekspert eksploatacji, inżynier mechanik, dochodzeniowiec

Fotografia z książki (prof.!) Szaniawskiego pełnej antyrosyjskiej obsesji – przedstawiająca szczątki samolotu 101 na lotnisku smoleńskim. Autor umieścił ją tylko po to, aby pokazać jak to Rosjanie są podli. Nikt nie zauważył, że widać tu od tyłu odkształcone stateczniki w pozycji mniej więcej takiej, w jakiej zaczepiły o ziemię, powodując oderwanie tylnej części kadłuba, od której same się oderwały. Zdjęcia pokazywane są bez komentarza celowo (bo i tak ciemny lud widzi tylko pogięte blachy), albo z głupoty (publikujący nie mają pojęcia o dochodzeniach i czego dowodem te zdjęcia są).

3 Komentarze

  1. Jeszcze raz podkreślam: zdjęcia publikowane przez smoleńszczyków są dowodami na to, że kompletnie nie rozumieją co na nich widać! Że poruszają się obok tematu naginając wszystko do swojego niezrozumienia.

  2. ~z_netu : Wiesław Binienda – dziekan Wydziału Inżynierii Cywilnej w Kolegium Inżynierii University of Akron. Jest także redaktorem naczelnym kwartalnika naukowego „Journal of Aerospace Engineering” wydawanego przez American Society of Civil Engineers (ASCE). Binienda nie jest ani profesorem w polskim tego słowa znaczeniu, ani fizykiem, ani eks­pertem NASA i obecnie wcale w NASA nie pracuje. Jedyne z tej wizytówki, co jest prawdą, to to, iż pracuje w USA.

    Od początku zwróciło moją uwagę to, że człowiek przedstawiany jako profesor fizyki z USA wygaduje, na temat fizyki właśnie, takie bzdury, iż nie powinien nie tylko uzyskać dyplomu z fizyki, ale nawet matury. A jednocześnie używa skomplikowanych programów komputerowych do obliczenia wytrzymałości brzozy i skrzydła samolotu, nie znając dokład­nej budowy tego skrzydła, wymiarów, przekroi, materiałów, kształtu profili konstrukcji… Jakim cudem fizyk, może obliczać wytrzymałość czegoś, o czym nie wie, jak jest zbudo­wane i z czego? Co to za fizyk, który nie wie, że drobna różnica w kształcie profilu i w skła­dzie stopu, z którego jest wykonany, może radykalnie zmieniać jego właściwości? Co to za fizyk, który nie wie, że w przypadku prowadzenia obliczeń, w których dane wyjściowe znane są w przybliżeniu (Binienda ani PiS nie mają dokumentacji technicznej tego samo­lotu), następuje zjawisko mnożenia błędu i błąd końcowy może nawet przekroczyć sto pro­cent uzyskanego wyniku? Co to za fizyk, który nie wie, iż każda teoria jest błędna, jeśli przeczą jej fakty empiryczne (brzoza została złamana, a skrzydło odpadło, więc wszelkie teorie o tym, że nie powinno odpaść, ale bo, że nie uderzyło w brzozę, są do bani i już)?

    Zacząłem szukać. Najpierw znalazłem list otwarty w „Kontratekstach”, o którym już nie pamiętałem. Jest to „Petycja w sprawie dyskryminacji obywateli polskich” z dnia 13 stycz­nia 2008, w której grupa sygnatariuszy użala się, iż nie mogą być zatrudniani na polskich uczelniach, bo pracują za granicą, gdzie nie istnieje habilitacja i stopień docenta, a nie pozwala na to ustawa, która mówi, że do tego zatrudnienia potrzebna jest habilitacja lub „znaczne i twórcze osiągnięcia w pracy naukowej”. Jednym z sygnatariuszy jest: „Wie­sław K. Binienda, The University of Akron, Akron, OH, USA”.

    A to ci dopiero! Profesor fizyki, Wiesław Binienda, jak sam uważa, nie ma habilitacji oraz „znacznych i twórczych osiągnięć w pracy naukowej”. Zaznaczam, to nie ja tak uważam, to on sam się pod tym podpisał.

    No to szperamy dalej i… bingo! Wiesław Binienda ukończył w 1980 roku Wydział Samocho­dów i Maszyn Roboczych Politechniki Warszawskiej. Nie jest więc fizykiem, tylko inżynie­rem od samochodów i traktorów. Fizyki nie studiował, przynajmniej na Wydziale Fizyki UW (sprawdziłem).

    No dobrze, a może nauczył się później? W końcu ja też nie studiowałem dziennikarstwa i politologii, a od 30 lat się tym zajmuję, tylko właśnie matematykę i fizykę. Czemu więc odmawiać prawa bycia fizykiem Biniendzie? A no temu, że z jego publicznych wypowiedzi wyziera kompromitujący wręcz brak znajomości elementarnych praw fizyki i to takich ze szkoły średniej (o tym dalej).

    A jak to jest z tym profesorem? W systemie amerykańskim słowo „profesor” nie oznacza stopnia naukowego, tylko etat wykładowcy na uczelni. W znaczeniu amerykańskim Binienda profesorem jest, bo rzeczywiście pracuje w Colegium of Engineering (Szkole Inży­nierskiej) University of Akron, w Akron w stanie Ohio. Po angielsku brzmi to niemal jak Oxford lub Sorbona, ale jest to typowa prowincjonalna szkółka prywatna, która w amery­kańskich rankingach wyższych uczelni nawet nie jest notowana (a przynajmniej nie znala­złem). Akron, to, jak na USA, dziura niczym polskie Skierniewice, choć pod względem liczby mieszkańców, to co najmniej Radom. Nie wielkość miasta jest tu jednak istotna (Berkeley to też nie gigant, a uczelnia zacna). Istotne jest to, że kogo bym z kolegów fizyków spy­tał, to o ośrodku badawczym fizyki w Akron nie słyszał.

    Owszem, w języku angielskim, w USA, Binienda ma prawo używać tytułu „profesor”, ale źle jest, jeśli przenosi ten tytuł do Polski i nie protestuje, gdy na konferencjach PiS przed­stawiany jest jako „profesor fizyki”. Uczciwie powinien powiedzieć: – Sorry, nie jestem fizy­kiem i profesorem, jestem inżynierem i mam tylko doktorat. I nikt by nie miał do niego pre­tensji. Ale wykorzystywanie w Polsce tego, że słowo profesor po angielsku znaczy co innego, niż po polsku, jest po prostu nieuczciwe. Podobnie jest ze słowem „student”, które po angielsku oznacza ucznia, a nie studenta, a mimo to uczniowie amerykańskich szkół średnich nie twierdzą w Polsce, że są studentami wyższych uczelni. Doktor inżynier na pewno nie jest profesorem doktorem habilitowanym fizyki, więc niech takowego nie udaje.

    Kim zatem jest Wiesław Binienda w tej Szkole Inżynierskiej (Colegium of Engineering) Uni­wersytetu w Acron? Jest dziekanem Department of Civil Engineering, co po przetłumacze­niu na język polski oznacza Wydział Inżynierii Lądowej i Wodnej (civil engineering – inży­nieria lądowa i wodna; słownik angielsko-polski).

    Reasumując: Wiesław K. Binienda nie jest amerykańskim odpowiednikiem profesora na Wydziale Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego, tylko inżynierem doktorem, dziekanem Wydziału Inżynierii Lądowej na amerykańskim odpowiedniku Wyższej Szkoły Inżynierskiej w Radomiu. Nie mam nic przeciw WSI w Radomiu, ale to deczko co innego niż Wydział Fizyki na UW.

    I tu zaczyna być coraz dziwniej. Dziekan inżynierii lądowej twierdzi, że „brzoza to miękkie drewno”. To pan inżynier dziekan nie wie o istnieniu tablic wytrzymałości materiałów uży­wanych przez inżynierów budowlanych? Ja bez trudu znalazłem odpowiednia tabelę twar­dości drewna:

    Twardość drewna w MPa

    świerk 27 MPa,
    sosna 30 MPa,
    jodła 30 MPa,
    modrzew 38 MPa,
    brzoza 49 MPa,
    jesion 56 MPa,
    dąb 60 MPa.
    Jak widać z przytoczonych danych, twardość drewna brzozowego jest tylko niewiele mniej­sza, o 7 MPa, od twardości jesionu, i o 11 MPa od dębu, a znacznie większa (niemal dwa razy) od twardości świerku, z którego wykonuje się większość drewnianych konstrukcji w budownictwie. Nie jest więc prawdą, że drewno brzozowe jest „miękkie”. Zgodzi się pan ze mną, że drewno dębu jest twarde? Jeśli przyjmiemy twardość dębu za 100%, to twar­dość brzozy wyniesie w tej skali 81,67%. Jest to więc drewno tylko nieco mniej twarde niż dębowe. Niestety panie inżynierze, teoria o „miękkim patyku” leży gruzach. Zresztą nie trzeba być inżynierem ani fizykiem. Każdy polski wieśniak rąbiący drewno na opał wie, że piłowanie i rąbanie brzozy to ciężka robota, a miękkie są tylko cienkie tegoroczne gałązki, ale nie pień o grubości 46 centymetrów!

    I tu kolejne twierdzenie pana doktora inżyniera: Na wiosnę w drzewie są soki i skutki zde­rzenia powinny być mniejsze, bo drewno jest mniej twarde. To pan inżynier doktor nie wie, że ciężar właściwy (więc i całkowity) mokrego drewna jest istotnie większy, niż suchego? To pan inżynier doktor nie wie, że skutki zderzenia z masywniejszą przeszkodą są groźniejsze, niż z przeszkodą lżejszą? Do tej wiedzy nie trzeba być fizykiem ani inżynie­rem. W liceum uczą. Z mechaniki Newtona to wynika.

    Pan doktor inżynier twierdzi też, że zderzenie z „miękką brzozą” było by słabe i urwane skrzydło powinno spaść 11 metrów za brzozą (spadło ok. 100 m dalej). Zaraz, zaraz. Samolot miał prędkość rzędu 280 – 300 km/h. Aby skrzydło z wysokości ok. 6 m spadło 11 m dalej, jego prędkość po zderzeniu musiałaby być znikoma. Taka prędkość człowiek bez trudu nadaje piłce, gdy nią rzuca. Oznacza to, że niemal cała energia kinetyczna skrzydła została pochłonięta przy zderzeniu, a to z kolei znaczy, że siły działające w tym momencie musiały być gigantyczne. No to jak panie inżynierze, zderzenie było słabe, czy potężne? Chyba pan zaprzecza sam sobie.

    Mógłbym tak znęcać się dalej. Lektura strony internetowej Wiesława Biniendy też jest cie­kawa. Słowo profesor powtarza się na niej gdzie tylko się da. Musi mieć facet niezły kom­pleks. Wykaz bibliografii imponujący, 148 pozycji, bóg wojny w nauce, Einstein wysiada! Tylko jak się temu przyjrzymy krytycznie, to bardzo to blednie. Są dwie książki, ale obie pod identycznym tytułem, tylko w innym częściowo składzie autorów. W pierwszej jest trzech autorów, w drugiej sam Binienda. Druga różnica, to rok wydania. Czy aby nie są to dwa wydania tej samej pozycji? Treści żadnej z tych 148 publikacji poznać nie można, bo są same tytuły, bez tekstu.

    Dalej są 4 artykuły wstępne, 40 artykułów prasowych (w prasie specjalistycznej), 66 spra­wozdań i innych publikacji, 20 publikacji NASA i 6 aplikacji patentowych. W sumie 148. Nie­mal wszystko to prace zbiorowe. Przyglądając się temu szumowi zauważam, że niektóre pozycje są chyba sztucznie rozmnożone. Np. w publikacjach NASA znajdujemy dwie pozycje:

    1. W.K. Binienda, S.M. Arnold and H.Q Tan, „Calculation of Stress Intensity Factors in an Isotropic Multi-C racked Plate: Part I – Theoretical Development,” NASA TM 1 05766, 1992.

    2. S.M. Arnold, W.K. Binienda, H.Q. Tan and M.H. Xu, „Calculation of Stress Intensity Fac­tors in an Isotropic Multi-Cracked Plate: Part II – Symbolic/Numeric Implementation,” NASA TM 105823, 1992.

    Nie trudno zauważyć, iż są to dwie części jednej publikacji. Po co robić z tego dwie pozy­cje w bibliografii? Dalej w wielu miejscach, sądząc po bardzo podobnych tytułach i iden­tycznym składzie autorów, odnoszę wrażenie, że mogą to być powtórzone te same arty­kuły w różnych czasopismach. Szkoda, że nie można ocenić treści, bo jest niedostępna.

    Niestety znów mam wrażenie, iż pan inżynier ma wielką potrzebę brylowania i podkreśla­nia swojej wielkości.

    A jak to jest z tym „ekspertem NASA”. Wiesław Binienda niewątpliwie pracował dla NASA w wieloosobowym zespole badającym wytrzymałość materiałów. W żadnej z publikacji NASA nie występuje samodzielnie. Moi informatorzy twierdzą, iż zespół ten wykonywał typowo pomiarowe prace laboratoryjne. Co by to nie było, dla NASA pracował, tylko czy jako ekspert?

    Wchodzę na strony NASA i szukam nazwiska Binienda. Odpowiedź wyszukiwarki za każ­dym razem brzmi: Invalid Request – w wolnym tłumaczeniu: błędna prośba. Jednym sło­wem w zasobach stron NASA takiego nazwiska nie ma. Reasumując: Binienda niewątpliwi uczestniczył w jakiś pracach dla NASA, ale był na tyle mało ważny, że na stronach NASA go nie ma. Czy więc nazywanie go „ekspertem NASA” to nie przesada?

    No i teraz, co ja o tym wszystkim myślę. Jakoś nie wierzę, by absolwent Politechniki War­szawskiej i pracownik nawet najbardziej prowincjonalnej uczelni amerykańskiej do tego stopnia nie znał praw fizyki. Myślę, że jest inaczej. Myślę, że Wiesław Binienda, z powodu albo ideologicznego zaślepienia, albo z powodu chęci brylowania i leczenia kompleksów, robi rzecz w nauce niedopuszczalną. Założył sobie z góry kompletnie nieprawdziwą tezę, że w Smoleńsku był zamach, i kombinując jak koń pod górę, naginając fakty i prawa fizyki, stara się tę bzdurę udowodnić. W oczach ludzi wykształconych kompromituje się i ośmie­sza, ale ma swoje 5 minut w mediach i podziw gromady nieuków i ćwierćinteligentów z PiS-u. Ci ignoranci, ale jakże wszechstronni, z Kaczyńskim i Giżyńskim na czele, patrzą w niego, jak w obraz. Ci panowie, z powodu swego nieuctwa, nie wiedzą, że w każdej nauce istnieją ludzie głoszący tak zwane poglądy odosobnione. Środowiska naukowe nie traktują ich poważnie. Co innego takie ciała, jak zespół Macierewicza, które mają ideolo­giczne zamówienie na udowodnienie kompletnej nieprawdy. Dedykuję twierdzenie Petera: „Nawet największa liczba ćwierćinteligentów nie daje jednego inteligenta”.

    Na koniec przytoczę pewną znamienną anegdotkę krążącą na Wydziale Fizyki w moich czasach studenckich, a było to tak dawno, iż ludzie tyle nie żyją. Podobno prof. Wróblewski, na egzaminie z fizyki doświadczalnej, postawił na biurku szklankę z wodą i spytał stu­denta: – Proszę pana, dlaczego ta szklanka jest cieplejsza nie z tej strony, z której pada na nią światło słoneczne, tylko z przeciwnej? Student zaczął kombinować o załamaniu, odbiciu i tak dalej, aż w końcu wyprodukował teorię tłumaczącą zjawisko. Wówczas profe­sor powiedział: – Nie, bo ją obróciłem.

    Ta anegdota pokazuje rzeczywiste zjawisko występujące w pseudonauce. Jeśli robi się to, co robi Wiesław Binienda, czyli zaczyna dowód od tezy, to selekcjonując fakty i nagina­jąc prawa, można udowodnić każdą bzdurę. Internet jest pełen tego rodzaju dowodów i takich ekspertów.

    • No proszę! Tak jednak czy inaczej po tym wydziale i z takim doświadczeniem powinien on rozumieć o co chodzi, a tu widać, że nijak nie rozumie. I jeszcze wciąga za sobą innych! Wszystko to są ludzie, którzy przekraczają własne kompetencje, czego ekspertowi nie wolno robić! To jest skrajna nieodpowiedzialność wmawiać ludziom takie rzeczy! To własnie eksperci mają obowiązek społeczny im wyjaśniać, ale skoro się samemu nie rozumie ?

Skomentuj

Prosze wpisz komentarz!
Wpisz Imie: