Anna Góral i John Garrido rzucili wyzwanie potężnej partyjnej maszynie

1
300

facebookChoć do wyborów w Chicago pozostało już niewiele czasu, nie widać jakiejś specjalnej ekscytacji. Wyborcy, mieszkańcy miasta zachowują dystans. Postawa taka nie może dziwić. Lokalna polityka w Chicago może odpychać, powodować, że ludzie nie chcą uczestniczyć w przedstawieniu, które tylko z nazwy przypomina normalne wybory. Chociażby przepisy dotyczące zbierania podpisów, pod listami poparcia dla kandydatów faworyzują kandydatów Partii Demokratycznej, pozwalają na nadużycia, wraz z innymi przepisami powodują, iż w wyborach na radnych w wielu okręgach urzędujący radni nie mają opozycji. Rozmaitymi metodami wyeliminowali konkurencję.  Jeżeli gdzieś ostała się konkurencja, maszyna zadba o odpowiednią ilość ulotek, z czarną propagandą.

Jeden kandydat, albo jedna lista, mimo zachowania pozorów pamiętamy, gdy głosowano na listę Frontu Jedności Narodu, to zaprzeczenie demokracji. Brak wyboru, brak kandydatów, pokazuje, że chicagowska demokracja jest chora. Może należałoby powiedzieć, iż demokracja w Chicago posiada fasadowy charakter.

W elekcji dotyczącej burmistrza pytanie brzmi, czy Rahm Emanuel wybrany zostanie w pierwszej turze, czy potrzebna będzie dogrywka. Choć Chicago szczycić może się śmieciowym ratingiem kredytowym oraz nie rozwiązanymi problemami dotyczącymi funduszy emerytalnych, kampania wyborcza nie stanowiła okazji do przedstawienia wizji rozwoju miasta, czy przedstawienia projektów rozwiązania budżetowych problemów miasta. Przez dziesięciolecia politycy podpisywali z uprzywilejowanymi grupami społecznymi, jak pracownicy miejscy, nauczyciele, policjanci, strażacy, porozumienia, których miasto nie jest w stanie dotrzymać. Już w momencie podpisywania kontraktów z uprzywilejowanymi grupami, politycy zdawali sobie sprawę, iż miasto rady nie da. Ważniejsze było jednak zapewnienie sobie błogiego spokoju. Tak, tak nad Chicago unosi się duch Detroit. Wybory na burmistrza sprowadzają się do pytania czy głosujemy na dżumę, czy cholerę? Opisy dżumy w szkolnej lekturze, były tak porażające, że osobiście wybieram cholerę, choć proszę tego nie traktować jako wyrazu poparcia dla kogokolwiek.

Moja frustracja wynika z faktu, iż kandydaci na burmistrza nie przedstawiali propozycji rozwiązań. Alderman zaś w chicagowskiej strukturze to lokalny Ojciec Chrzestny. Od aldermana w dużej mierze zależy, czy będziesz mógł otworzyć biznes w jego okręgu wyborczym. Ludzie boją się zaczynać z aldermanem. Boją się mało uczciwych inspektorów miejskich, dlatego tak trudno jest wygrać z urzędującym aldermanem.

W zbliżających się chicagowskich wyborach, w tym cieście pełnym zakalca mamy dwa rodzynki. W 23 okręgu na południu miasta oraz w 45 na północy kandydują kolejno Anna Góral i John Garrido. Postacie wyrosłe ze swoich lokalnych społeczności, które postanowiły rzucić rekawice potężnej partyjnej maszynie. Patrząc na te dwie dzielnice położone w różnych zakątkach miasta, dostrzegamy, iż borykają się one z podobnymi problemami. Spotkamy wiele miejsc, gdzie kiedyś istniały jakieś biznesy, ale teraz miejsca zabite zostały dechami.

Alderman jako trybik maszyny musi dobrze żyć ze związkami zawodowymi reprezentującymi wspomniane uprzywilejowane grupy społeczne. Przy niskiej frekwencji, taka dobrze zorganizowana grupa może zapewnić zwycięstwo.

Dla burmistrza posiadanie swoich radnych posiada kluczowe znaczenie. Dlatego Partia Demokratyczna wsparła finansowo kandydatury zagrożonych aldermanów.

Anna Góral prowadzi ożywioną, dobrze zorganizowaną kampanię, rozmawia z wyborcami, gryzie przysłowiową trawę. Podobnie postępuje John Garrido. Obaj obiecują przejrzystość w podejmowaniu miejskich decyzji. W gruncie rzeczy zbliżające się wybory, w tych dwóch okręgach pokażą, czy można zagrozić istniejącej maszynie. Zagrozić można, Góral i Garrido już to pokazali. Już fakt, iż poważnie zagrozili konkurentom pokazuje, że nawet w Chicago warto próbować przebić ten pancerz stworzony przez wielka partyjną maszynę. Tylko od wyborców zależy, czy zostaną wybrani.

Tak: Góral i Garrido to dwa rodzynki w chicagowskich wyborach.

Andrzej Jarmakowski

Foto: facebook.com

1 Komentarz

  1. Swoją drogą to ciekawe, czy wspomiane arcydzieło jest jeszcze lekturą w chicagowskich charterowych szkołach. W końcu jaka korzyść z literatury powie pewnie nie jeden członek Chicagowskiej Rady szkolnej.

Skomentuj

Prosze wpisz komentarz!
Wpisz Imie: