Jak Marek Ciesielczyk córkę porwał

34
1891

 File0016Marek Ciesielczyk, samozwańczy lustrator Polonii ma za sobą ponurą, kryminalną przeszłość. Wyjechał do Niemiec, gdzie poznał swoją pierwszą żonę Małgorzatę. Małżeństwo było niezwykle burzliwe. Ciesielczyk bił swoją żonę, oskarżał ją o to, że była agentem KGB. To ona utrzymywała rodzinę, Ciesielczyk zajmował się studiami i tropieniem agentów, których widział za każdym drzewem.

Maltretowana,bita kobieta, po próbie gwałtu, na oczach jej córeczki, którą Ciesielczyk nazywał „sroczka”, w końcu zdecydowała się odejść od męża. Zamieszkała w domu samotnej matki, zaś ojciec mógł odwiedzać córeczkę raz na dwa tygodnie. Podczas wizyt groził matce tym, iż nigdy nie zobaczy swojego dziecka, żonę zaś pobije, gdyż jako agentka KGB na nic innego nie zasługiwała. Tak się też stało. W czasie wizyty ojca, kiedy matka przypuszczała, że dziecko bawi się w w teatrzyku lalek, Ciesielczyk siedział już w samolocie do Chicago, porywając córkę. Zrozpaczona matka rozpoczęła poszukiwanie dziecka. Dochodzenie rozpoczęła niemiecka policja oraz Interpol. Po kilku miesiącach udało się ustalić, że Ciesielczyk wywiózł dziecko do Chicago.

File0017Dzięki pomocy przyjaciół Małgorzata Ciesielczyk wkrótce ustaliła adres, gdzie kątem, wraz z porwanym dzieckiem mieszkał Marek Ciesielczyk. Wraz ze swoim niemieckim adwokatem, zebrała niezbędne pieniądze i poleciała do Chicago. Ciesielczyk korzystając z gościny znajomych mieszkał w Park Ridge, niedaleko granicy z Chicago. Pod adres zamieszkania Ciesielczyka, 24 marca 1992 roku, podjechała mocno zdenerwowana matka, adwokat oraz panowie Marek Bober i Krzysztof Koch. Matce udało się wejść do domu bocznym wejściem i kompletnie zaskoczyć Ciesielczyka. Matka natychmiast zabiera dziecko i szybko ucieka do czekającego na nią samochodu.

Pan Koch w rozmowie z naszą redakcją wspominał, że dziecko było zaniedbane, nie było odpowiednio przewijane. Miało wyraźnie za małe buciki. Nie mogło rozprostować palców. Państwo Kochowie dziecku kupili nowe buciki, aby mogło normalnie chodzić. Matka szybko postanowiła wrócić do Niemiec.

Po powrocie do Niemiec, zmieniła miejsce zamieszkania, nie utrzymując z byłym mężem żadnych kontaktów. Jednak po trzech miesiącach Ciesielczyk ponownie straszy matkę, że porwie dziecko. Jednak Ciesielczyk może już niewiele. Gdyby usiłował przekroczyć granicę Niemiec groziłoby mu aresztowanie.

File0003Niemiecki dziennikarz Mathias Letterbrichler, który opisywał sprawę wspominał, kolejnych groźbach ze strony Ciesielczyka. Ten wolał jednak nie przekraczać granicy Niemiec, najwyraźniej zdając sobie sprawę, że czeka tam na niego więzienna cela.

Można dodać, iż Ciesielczyk postanowił założyć ugrupowanie „Uczciwość”, którego został liderem. W Tarnowie, tropił zazwyczaj urojoną korupcję. Ciesielczyk na czele ugrupowania „Uczciwość, to jedynie potwierdzenie tezy, że Historia jak widać, potrafi sobie żartować z ludzi.

O tej historii doskonale wiedział Marek Bober. Jednak nie przeszkadzało to redakcji „Kuriera” lansować Ciesielczyka.

W Chicago Ciesielczyk krótko pracował w redakcjach Dziennika Chicagowskiego oraz Relaxu, z obu pism został jednak wyrzucony.

Próbował założyć swoje pismo, „Alternatywa” jednak nic z tego nie wyszło poza długami jakich nabawił się potencjalny wydawca.

Historią Małgorzaty Ciesielczyk interesowała się prasa niemiecka. W gazetach ukazało się sporo tekstów opisujących gehennę jaką przeszła Małgorzata Ciesielczyk. Z publikacji wynika, iż niemiecka policja zgromadziła na Ciesielczyka pokaźny materiał. Publikujemy tutaj kilka wybranych skanów z prasy niemieckiej, dotyczących sprawy Ciesielczyka.

Redakcja ProgresforPoland .com

File0004

File0001

File0014

34 Komentarze

  1. Ciekawe jaki jest status emigracyjny Ciesielczyka w Ameryce? Kazdy kto temu dal czas w przeszlosci antenie,gazecie i tv powinien sie wstydzic. WSTYD Polonio!

    • …czyli kłótnie staruchów w Chicago na temat literatury i takie tam pierdu-pierdu o tym kto poetą większym jest.

  2. Ciesielczyk ma stały pobyt,przyjeżdża dla zielonej karty, jakos musi sobie podróż pokryć. Mówi się, że jego sprawa jest otwarta. To fakt, polonijne media zapraszając takiego faceta, promując go powinny się wstydzić.

  3. Lizakowski i Ciesielczyk. Kto nastepny? A amerykanie polskiego pochodzenia jak nie glosowali tak dalej nie maja zamiaru tego robic. Wyglada, ze jest to sprawa bez znaczenia dla wielu ludzi.

    • Jak widać – każda emigracja ma swojego “Ciesielczyka”. Polonia brytyjska ma Andrzeja Mariusza Szumiło ze szkockiego Aberdeen. Panowie mają podobne życiorysy, podobne urojenia, podobną “karierę dziennikarską”. Nawet udało im się spotkać w Edynburgu i mimo wcześniejszej promocji Ciesielczyka przez portal polscott24.com ze Szkocji – pokłócić. Oto jak po tym spotkaniu nagle nasz polonijny pieniacz ze Szkocji zmienił nagle front:
      http://polscott24.com/katastrofa-ciesielczyka-w-edinburghu/

  4. Mam nadzieję, że tym razem będzie inaczej. Na południu Chicago mamy Annę Góral, pzreciwko kandydatowi maszyny partyjnej, a na północy Johna Garrido walczącego z Johnem Areną.

  5. Ciesielczyk nie tylko , że porwał córke, ale też ukradł żonie 8tys. marek, to wtedy było jak 8 tys. euro dzisiaj.

  6. Z dołączonych tekstów wynika, że Ciesielczyk obiecywał zonie płacić na córkę, nie dał ani grosza. Traktował ją jak worek bokserski.

  7. Nikt nie mówi o tym, że kidnaping – bez względu w jakim kraju został popełniony – jest w USA przestępstwem federalnym i nigdy nie zostaje przedawniony.
    Tak więc, Polonia hołubi przestępcę i gorzko za to odpokutuje.
    Zapraszajmy więc częściej pana Ciesielczyka. Może i kilku z nas zamkną.

  8. Brawo Progress! Naprawde sie dusza cieszy kiedy sie widzi taka odwazna polonijna publicystyke. Odwaznie, szacunek.

  9. MOJE UWAGI O CIESIELCZYKU I JARMAKOWSKIM

    Nigdy go nie spotkałem i tak naprawdę nigdy nie chciałbym go spotkać. W latach dziewięćdziesiątych był obibokiem postsolidarnościowym, pełnym zadufania w sobie literackim cwaniaczkiem, dziennikarzyną pisującym kiepskie teksty, a wymagającym zawsze zamieszczania jego fotografii (chyba od pierwszej bar micwy, bo taki młody, szczuplusieńki, łysienki na niej wyglądał) i pokaźnej noty biograficznej, w której prawdziwość nie wierzyłem. Żądał zawsze podawania tytułu doktorskiego przy swoim nazwisku, co nie jest stosowane w dziennikarstwie. Dla Ciesielczyka było to jednak bardzo ważne.
    Dlaczego od pierwszej chwili nie wierzyłem w jego talent czy uczciwość dziennikarską? Głównie dlatego, że nie mogłem pojąć, jak człowiek z przeciętnej małomiasteczkowej rodziny potrafił trafić na studia w Niemczech i to w czasach komuny. Wiadomo, kto wtedy bywał na Sorbonach, Oxfordach czy w London School of Economics. Raził mnie ogromny tupet i hucpowatość Ciesielczyka, obrażały wręcz jego wymagania kierowane do Polonii, że akurat takich ludzi jak on powinna finansować. Zdrowo naciągnął i oszukał na grube tysiące dolarów moich przyjaciół, którzy dość nieopatrznie powierzyli mu redagowanie swojego pisma “Alternatywa”. Sprawa oparła się o sądy. Poszkodowani wygrali.
    Niestety, Polonia amerykańska nie potrafiła sprostać wymaganiom Ciesielczyka, nie chciała korzystać z jego usłużnych wypracowań na temat najrozmaitszych, bolesnych spraw; po prostu bano się donosicielskiego i awanturniczego charakteru jego „publicystyki”. Stąd nie trudno było mi przekonać mojego kolegę i wydawcę, pana Michała Kuchejdę, do rezygnacji z publikowania „wypracowań” Ciesielczyka. Poza tym, nie wierzyłem w jego wykształcenie, nie udało mi się bowiem uzyskać informacji na temat jego pracy naukowej, wykładów na uniwersytetach amerykańskich i europejskich. Nikt tam nie potrafił odnaleźć jego nazwiska.
    Podobne opory wobec Ciesielczyka miał również mój kolega redakcyjny, Andrzej Jarmakowski. Andrzeja znałem od pierwszych dni jego pobytu w Chicago, działał niezwykle ofiarnie, podkreślam – niezwykle ofiarnie – w POMOŚCIE, nie żałował sił i czasu na nasze pomostowe akcje, był skarbnicą wiedzy na temat „Solidarności”. Poza tym, był z Gdańska, gdzie go znano i szanowano. Dla POMOSTU stanowił niezwykle wartościowy nabytek; był skarbem, jak to mówiono – nie do oszacowania. To on i śp. Joasia Budzyńska postawili na nogi kwartalnik „POMOST”, zrobili go pismem żywym i aktualnym. Co prawda, po doskoku do POMOSTU Andrzeja Czumy, Joanna od nas odeszła, ale zawsze pozostaje w mojej pamięci, jako ta nieustannie gotowa do wytężonej pracy. Z Jarmakowskim tworzyli niezwykle efektywny team.
    Protestowałem, kiedy to Ciesielczyk rozpoczął nagonkę na red. Jarmakowskiego. Nie wierzyłem teś w żadne słowo, które wypowiadał pod adresem Jarmakowskiego. Wiem, że kierowała nim patologiczna nienawiść, bowiem Jarmakowski, doskonale rozeznany w pejzażu politycznym Polski, a zwłaszcza w sprawach „Solidarności”, był ogromną konkurencją dla Ciesielczyka, uzurpującego sobie monopol eksperta w tej dziedzinie.
    Ciesielczyk traktował zawsze swoja niby-pracę społeczna jako źródło dochodu. Lubił żyć cudzym kosztem, korzystać z kuchni, samochodu, wakacji na „krzywy ryj”. Zobowiązań wobec ludzi nie traktował poważnie – to akurat to ”ciemne, polonijne bydło” miało mu zapewnić wysokie standardy życiowe, miało pracować po to, by sponsorować jego luksusowe życie.
    Nie udało się. Uważano go za węszącego wszędzie szpicla, za natrętną wszę łonową, faceta gotowego szkalować wszystkich i wszystko dla pieniądza. Na szczęście, dość szybko zorientowano się, co sobą naprawdę reprezentuje. Wiadomości z prasy niemieckiej o jego znęcaniu się nad żoną i o porwaniu dziecka zrobiły swoje. Donosy do urzędu emigracyjnego, m. in. na córkę znanego działacza antykomunistycznego w Chicago, sprawiąy że znaczna część Polonii amerykańskiej odwróciła się do niego. Był coraz bardziej wyizolowany. Tracił grunt pod nogami. Zabrakło lekkich pieniędzy na utracjuszowskie życie i wakacje w tropikach, na różne figle-migle, w których gustował, a za które w jego wieku już trzeba, niestety, płacić.
    Wrócił do Polski. I tam zaczął od nowa tę samą działalność. Założył nawet Instytut Polonii w jakiejś wiosce pod Tarnowem, choć wiadomo, że są już inne – prowadzone fachowo i pod kontrolą. Dostał nawet od Komorowskiego order, on, którego ścigały w Niemczech listy gończe za przestępstwo kryminalne. Ponieważ nie ma obywatelstwa amerykańskiego, musi co roku pojawić się w Stanach, by przedłużyć „zieloną kartę”. To kosztuje. Ale po co jest Polonia amerykańska? No, i zaczął „ujawniać agentów”. Nie wszystkich, oczywiście i przeważnie urojonych. Tych z pieniądzmi, to on nie ruszył, bo miał na nich swoje widoki.
    Jedną z jego pierwszych ofiar stał się Andrzej Jarmakowski. Oczywiście, środowisko POMOSTU, ci, którzy jeszcze żyją, zaprotestowało. Odezwał się znawca tego problemu, wybitny polski historyk, dr Sławomir Cenckiewicz, który dał ostrą, merytoryczną odprawę Ciesielczykowi – odrzucając jego insynuacje wobec red. Andrzeja Jarmakowskiego.
    Ci, którzy pragnęli poznać prawdę, wysłuchali Cenckiewicza. Natomiast, małe grono ludzi, żądnych niezdrowych sensacji, dalej wspiera Ciesielczyka. Znalazły się też gazety, które udzieliły poparcia Ciesielczykowi, drukują bez sprawdzania jego rewelacje na temat własnego dorobku i dolewają oliwy do ognia. W Nowym Jorku znalazł się wśród tych gazet „Nowy Dziennik”, pismo, w którym rozpocząłem moje dziennikarstwo pod kierunkiem dr. Tadeusza Siuty, w Chicago – „Kurier Chicago”, redagowany przez Marka Bobera, naszego dawnego kolegę z pism Chemigraphu.
    Nie uwierzono Cenckiewiczowi – reklamowano nadal kłamcę Ciesielczyka. Dlaczego?
    Marek Bober poinformował mnie po wystąpieniu Ciesielczyka, że ten miał powiedzieć, iż przeprowadziłem wywiad z konsulem reżimowym w konsulacie, że miałem kontakty i rożne takie brednie. Marek, który mnie zna, nie odpowiedział Ciesielczykowi, że to nieprawda – Marek upierał się, że to ja powinienem się z tego wytłumaczyć!. A wiedział, że nigdy nie byłem w konsulacie, przez 25 lat – od 1968 r., nie byłem w Polsce, nie mogłem nawet tam pojechać na pogrzeb matki. Wiedział o moim prawicowym, antykomunistycznym zaangażowaniu w sprawy polskie na emigracji – a jednak nie oponował. No cóż, bywają i tacy przyjaciele.
    A była taka rozmowa w Chicago, którą mi zrelacjonowano. Rozmawiało dwóch dziennikarzy:
    – Kogo tu jeszcze wymienić?
    – Nie bardzo wiem, wszyscy już na emeryturze. Babcia Krysia jeszcze przędzie w „Zwiazkowym”, ale ona pisze tylko o duperelach..
    – Jest jeszcze „Gwiazda Polarna”
    – W Chicago jej nie znajdziesz, ale jest w Stevens Point Dusza.
    – Od dawna go nie ma. Dusza już dawno umarł.
    – Gówno umarł. Lizakowski tylko tak pieprzy…
    – Ale on był zawsze taki pier…. katolik, bogobojna ikona dla weteranów i starej gwardii. Pomostowiec.
    – No to co?
    – No to, kurwa, weźmiemy się za tę ikonę!
    ———-
    Każda rozmowa w kołach polonijnych jest natychmiast referowana zainteresowanym.
    I proszę Państwa, z braku kandydatów, Andrzej Jarmakowski i Edward Dusza stali się tematem wystąpień cwaniaczka Ciesielczyka.
    Mój przyjaciel, Marek Bober, zapowiedział w piśmie człowieka, którego poważam, pana Adama Ocytki, że będzie mowa o dziennikarzach polonijnych, pracujących dla reżimu.
    Pomyślałem: Wierzewski, przyszły mi jeszcze na myśl inne nazwiska. Byłem w błędzie. Miałem przyjaciół. Zapomniałem o tym.
    Pomijam już fakt, że ciągle jestem dziennikarzem, ciągle publikuję i ciągle mam prawo spotykać się z kim chcę, bo to mój zawód. Nie udzielam informacji, ale je zbieram, bo to część mojej pracy. Całe moje życie pracowałem w dziennikarstwie, z wyjątkiem okresu w Fundacji Kościuszkowskiej, gdzie również pozostawałem w tym zawodzie, będąc stałym kontrybutorem „Tygodnia Polskiego”, „Orła Białego”, jak również „Gazety Niedzielnej”. Publikowałem w pismach polonijnych na całym świecie. Za tę moja pracę otrzymałem odznaczenia – nie od Kwaśniewskiego czy Komorowskiego, ale od prezydentów Edwarda hr. Raczyńskiego i Ryszarda Kaczorowskiego.
    A wywiad z konsulem polskim, rzeczywiście, przeprowadziłem z okazji słynnego „otwarcia teczek” w konsulacie. Rozmowę tę prowadziłem z konsulem Hubertem Romanowskim, Panie, świeć nad jego duszą, bo był to człowiek szlachetny i prawy. Pierwszy, niekomunistyczny konsul w Chicago, brutalnie atakowany przez komunistyczne pozostałości w Chicago. Rozmowa, jednak, odbyła się poza budynkiem konsulatu – to gwoli faktom.
    Jedynym zaś kontaktem „Gwiazdy Polarnej”, gdzie pracowałem, była niespodziewana wizyta urzędnika z ustępującego zespołu konsularnego w redakcji „Gwiazdy”, która przebiegła w obecności Leszka Zielińskiego, ówczesnego redaktora naczelnego i mojej, jako dyrektora Wydawnictwa „Punkt”.
    O polityce nie było mowy, chłopak ten zresztą wyjeżdżał do kraju. To wszystko. „Gwiazda Polarna” nigdy nie kontaktowała się z ludźmi władz reżimowych. To była jej zasada. Szkoda, że Ciesielczyk nie zna zajść na Uniwersytecie Wisconsin z tow. Hieronimem Kubiakiem, oraz wystąpieniu Edwarda Duszy w TV Wausau, channel Nr 9, w pamiętnej chwili inwazji Sowietów na Afganistan. Ale on, rzetelny historyk, i tak by napisał tylko to, co by mu przyniosło pieniądze.
    Sumując, nie wierzę w rewelacje Ciesielczyka na temat wielu osób ze środowiska Polonii amerykańskiej w Chicago. Absolutnie zaprzeczam kłamstwom tego fałszerza historii na temat redaktora Andrzeja Jarmakowskiego, ofiarnego społecznika, autentycznego działacza Solidarności, zawsze bezinteresownego i gotowego do niesienia pomocy innym, który, co najważniejsze, nikomu z ręki nie jadł i na patriotyzmie się nie dorabiał, który nigdy nie oszukał innych, dlatego może przeszedł tę samą, co my, biedę emigracyjną. Choć czasami nasze opinie na rożne sprawy mogą się nie pokrywać, co przecież jest objawem normalności, to jednak zawsze zdobywamy się na spokojną, rzeczową dyskusję, nie obrażając się wzajemnie. Jarmakowski ma dodatkowo niezwykle ważną a rzadką zaletę: potrafi zachować spokój, umiar i dystans wobec nurtujących nas problemów. Zdobywa się też często na wysiłek rozwiązania tych problemów, na które już inni dawno położyli krzyżyk. Cechuje go szlachetność, którą mogłem wcześniej dostrzec u postaci z powieści Żeromskiego: szlachetność budowniczych szklanych domów. Konstruktorów nowej, lepszej, romantycznej rzeczywistości.
    Ciesielczyk natomiast, jest brutalnym, kłamliwym demagogiem, małym człowieczkiem, zwykłym chamskim brutalem, który zmiata wszelkie szklane budowle wokół siebie, niszczy ludzi i krzywdzi dzieci. Takiemu człowiekowi nie można podać ręki bez obrażenia samego siebie.
    Teraz dojeżdża do Chicago, aby skłócać i tak już podzieloną Polonię amerykańską. Kto za jego podróże płaci, kto mu wydaje książki, pokrywa diety, rachunki, hotele? Ciekawe, bardzo ciekawe.
    Ale doczekamy dnia, kiedy wszystko będzie jasne.
    Ciesielczyk, krótko pracując w „Dzienniku Chicagowskim”, okazał się nierobem. Praktycznie nic nie robił, przychodził rano, z zapasem taniego piwa. Opracował idiotyczny tekst na temat, kto jest agentem. Wyszło na to, że cała redakcja, to agenci. Wszyscy byli podejrzani. Współpraca z nawiedzonym lustratorem okazała się niemożliwa. Jarmakowski, który na temat historii służb specjalnych sporo napisał, mówił, że Ciesielczyk posiada zaskakujące braki wiedzy. Nie wierzył, że mógł on skończyć studia w tym zakresie. Jego wiedza historyczna w tym zakresie była na żenująco niskim poziomie, a usiłował uchodzić za eksperta w tej dziedzinie. Tak samo nie potrafił się posługiwać katalogami w IPN i prosił, by go tego nauczono. Przecież to podstawa dla historyka. Uczą tego już w szkołach średnich.
    —-
    Edward Dusza

  10. Zamazujecie temat. Tu chodzi o rzekomą działalność A. Jarmakowskiego w rozpracowywaniu Polonii przez polski wywiad.

  11. Andrzej Tadeusz Jarmakowski (ur. 21 października 1953 w Gdańsku) – polski historyk, działacz gdańskiej „Solidarności”, tej pierwszej, prawdziwej, walczącej z PRL-em; członek „Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela i „Ruchu Młodej Polski” Aleksandra Halla.
    Magister historii na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Gdańskiego. Aktywny uczestnik niezależnego ruchu wydawniczego, publicysta pisma drugiego obiegu – słynnego „Bratniaka”.
    Poza zasięgiem cenzury, we współpracy z Arkadiuszem Rybickim, wydał 2 prace poświęcone historii Kościoła katolickiego w Gdańsku i Gdyni.
    Jako członek gdańskiej NSZZ „Solidarność” pełnił wiele związkowych funkcji:
    • kierownik działu zarządów regionalnych,
    • kierownik biura organizacyjnego I Krajowego Zjazdu Delegatów
    NSZZ „Solidarność”,
    • wicedyrektor biura krajowego NSZZ „Solidarność”.
    Podczas stanu wojennego internowany w Strzebielinku, w tej samej celi co Lech Kaczyński i Henryk Jagiełło. Dokumenty dotyczące jego opozycyjnej przeszłości znajdują się w Instytucie Pamięci Narodowej.
    Emigrant polityczny.
    W Stanach Zjednoczonych od razu włączył się w działalność niepodległościową. Był członkiem Komitetu Wykonawczego Ruchu Społeczno-Politycznego „POMOST” i członkiem redakcji miesięcznika o tym samym tytule; wieloletni redaktor naczelny nieistniejącego już „Dziennika Chicagowskiego”. Obecnie, redaktor naczelny portalu ProgressForPoland.com.
    Andrzej Jarmakowski był jednym z 6-ciu świadków w procesie przeciwko reżimowi Wojciecha Jaruzelskiego, jaki toczył się w Genewie.
    Przez wiele lat zajmował się badaniem biznesowych powiązań Edwarda Mazura.
    W lutym 2009, tygodnik „Polityka”, powołując się m. in. na Andrzeja Jarmakowskiego, pisał o długach, jakie minister sprawiedliwości Andrzej Czuma miał mieć wobec amerykańskich banków oraz osób prywatnych.
    Proces w Polsce, wytoczony Czumie przez Jarmakowskiego o nieustanne zniesławianie (co miało miejsce również na Internecie), Jarmakowski wygrał.
    Postanowieniem Prezydenta RP z dnia 21 września 2009, za wybitne zasługi w działalności na rzecz przemian demokratycznych w Polsce, za osiągnięcia w podejmowanej z pożytkiem dla kraju pracy zawodowej i społecznej, został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.
    ————
    Andrzej Jarmakowski jest mi znany od zawsze. Byliśmy też razem studentami tego samego Wydziału Humanistycznego UG, razem w „Solidarności” – tej prawdziwej, stoczniowej i razem w konspiracji studenckiej, jeszcze przedsolidarnościowej. Mnie udało się uciec do Wiednia przed stanem wojennym, Jarmakowski został internowany.
    Jeśli ktoś nazywa Jarmakowskiego współpracownikiem SB, to sam się kompromituje w obliczu Prawdy.
    A pan Ciesielczyk już dawno wydał na siebie wyrok, którego wyegzekwowanie jest tylko kwestią czasu.

    Mirosława Kruszewska

  12. Dlatego, Panie Jarun, bycie agentem jest haniebne, że donosząc, krzywdzi się ludzi i społeczeństwo. Stwarzając jak to robi Ciesielczyk, fakty i obarczając ludzi winami istniejącymi tylko w jego wyobraźni to również zbrodnia. Ciekawe, jak by się Pan poczuł, gdyby przeczytał Pan na internecie, że Jastrun to agent, ubek, szpicel etc.
    Na pewno nie dokonałby Pan podobnych wpisów na internet, jak robi Pan to w przypadku p. Jarmakowskiego. Dlaczego nie sformułuje Pan swoich wypowiedzi inaczej: Ciesielczyk, podaj dowody, gdzie, kiedy, jak, zaprezentuj dokumenty, postaw świadków.
    Wylać ceber pomyj komuś na głowę może każdy dureń. Zawsze znajdzie się grupa innych durniów, która temu aktowi radośnie przyklaśnie.
    Z tego, co obserwuję w przypadku Ciesielczyka, to akurat publiczność jest winna. Przedstawiono jej konkretne dowody o przestępczych i haniebnych wyczynach Ciesielczyka. I nic. Nie obchodzi nas pobita przez tego człowieka kobieta, nie wzrusza krzywda wyrządzona przez pana doktora własnemu dziecku. Pochwalamy też kidnaping. Dlaczego? Dlatego, że wielu z nas pragnie rozróby i skandalu. No to Ciesielczyk jest górą. Wyjedzie, pies z kulową nogą o nim wiedzieć nie będzie. Tylko nikt nie myśli i nikt myśleć nie zamierza o krzywdzie, jaką wyrządza się ludziom niewinnym, ludziom, którzy poświecili życie sprawom swego kraju. Jak dotąd akurat o tym aspekcie afery Ciesielczyka na portalu głucho. A świadczy to źle o naszej zwykłej ludzkiej wrażliwości i uczciwości.
    Ot, mówiąc językiem Jackowa: Ciesielczyk znowu komuś zdrowo dopieprzył! A dlaczego dopieprzył? – to już nas nie interesuje.

    • Wielce szanowny panie Stefanie.
      Bycie agentem dla mnie nie oznacza w sensu stricto coś złego. Dlaczego agent jest złem? Agent “rozpracował” np. al-Kaidę i chwała mu za to. Agent np. Jarmakowski zapobiegł rozlewowi krwi w Polsce. To co, mamy Go potępiać, jak Kuklińskiego ? Moje wpisy są przedrukami i ja nic panu Jarmakowskiemu nie zarzucam. Sądzę, że dajecie się wciągnąć w “wojenkę” na której tylko pan Ciesielczyk coś usmaży i to dla siebie. Pozdrawiam. Jarun.

  13. Nikt nie zamazuje tematu. Amerykanie maja znakomita metodę analiz: zawsze biorą pod uwagę źródła, z których pochodzi wiadomość. Interesuje ich również to, kto z rozpowszechniania danej wiadomości czerpie korzyści. Powinniśmy, zanim dojdziemy do jakiegokolwiek wniosku, zastosować te metody.
    Przyznam się, że zaskoczyło mnie Pańskie pytanie, czy bycie agentem jest haniebne. Odpowiedź na pewno nie jest łatwa, wielu działającym w świecie agentom zawdzięczamy spokój i własne bezpieczeństwo. Znany pisarz amerykański, Daniel Silva, napisał ciąg książek o (fikcyjnym) super agencie izraelskim, którego obdarzył kryształowym charakterem i wszelkimi cnotami. Książki te były i nadal są głośne a czytelnicy wcale nie uważali podobnych agentów za ludzi niemoralnych. Nikt też nie zaprzeczy, że Kukliński uratował świat od nieszczęścia i uważa się go, i słusznie, za bohatera narodowego. W przypadku Ciesielczyka jednak należy podejść do sprawy inaczej: wyraźne u niego jest skrzywienie psychiczne, podstawowy brak metody badawczej, nienawiść zabijająca jego obiektywizm, a to, co robi, jest lukratywne, Bierze za to forsę. Znał Jarmakowskiego przed wielu, wielu laty. Pracował z nim. Dlaczego wtedy przechodził do porządku dziennego nad niby agenturalną działalnością swojego redakcyjnego współpracownika? Mógł przecież przedstawić swoje zastrzeżenia wydawcy. Tymczasem z pracy wyleciał akurat on, a nie Jarmakowski, i to głównie z powodu pijaństwa i nagabywania kobiet, które tam pracowały. W profesjonalizm i bezinteresowność Ciesielczyka uwierzą tylko naiwni. Nie miał wtedy rozeznania w środowisku, jeszcze nie pojmował, że taka “łapanka” pozwoli mu gromadzić znaczne fundusze, że potrafi otworzyć portfele poniektórych Polonusów. Przecież robi to, jak wspomniałam wyżej, dla pieniędzy. Wg danych z Internetu za swój autograf liczy pięć dolarów. Jego działanie w Chicago łatwo może ujść za “akcję konspiracyjną”, za która można zdrowo beknąć w Stanach Zjednoczonych.

  14. Coś mi się wydaje, że cztając peany na jednego a atakując drugiego znalazłem się w okresach poprawy PRL. Gomułkowcy tak pisali o Bierucie a Gierkowcy o Gomułce. Historia się nie tylko powtarza a kołem się toczy. Radość bierze, że zawsze sie tarzamy w tym samym gównie nie wiedząc, że śmierdzi. A może w nowocześniejszych pralkach i dodanych zpachowych płynach smakuje jak miód posmarowany bakaliami.

  15. To wszystko brzmi podobnie jak Lenin zjadł lina to wysrał Stalina. Stalin zjadł buta wysrał Bieruta, Bierut bułkę to wysrał Gomółkę. Gomółka schaba to wysrał Ochaba. Ochab wróbelka wysła towarzysza Gierka. Gierek obierek i wysrał Jaruzelek. Potem stoczniowiec usrał solidarnościowiec. A teraz pora aby rozpierdolić tego potwora jakim jest Polska- wola.

  16. Proszę Pana Admina o usunięcie powyższych wpisów Krzysztofa Kocha ze względu na ich chamski charakter

  17. Podsumowując, to dziwi mnie wasza postawa. P. Jarmakowski i grono Jego przyjaciół udowadniają, że…Jarmakowski jest niewinny. Jeżeli p. Ciesielczyk bawi się w lustratora-prokuratora to musi udowodnić winę p. Jarmakowskiemu. Logiczne i zgodne z prawem. Inaczej (bez dowodów) są to tylko pomówienia.

  18. Ach, po cóż robić taki wrzask i szum,
    jak byśmy byli zagrożeni?
    A cóż mi zrobi literatów tłum,
    kiedy ja nagan mam w kieszeni?
    – J. Szpotański

  19. Dopbry rzeczowy material. Hanba dla wszystkich ktorzy promowali Ciesielczyka w mediach polonijnych! Ciekawe co powiedza teraz Adam Ocytko, Lucja Sliwa czy slynna Zofia Borys? WSTYD!

  20. Pan Piotr Paradowski jak ma coś do powiedzenia to bardzo proszę. Inaczej to tylko poprawia smród. A to nic nie czyni i ma wpływu nawet na zapłodnienie przez in vitro.

  21. Ciekawe co ludzie z Tarnowa powiedza na ta sprawe? Co za kompromitacja i wstyd! Na marginesie gdzie jest pomnik Chrystusa Krola w Tarnowie budowany z pieniedzy polonijnych?

  22. Korupcja pokonana. Zajmiemy się teraz kulturą

    KAZIMIERZ PANEK

    A więc znowu zawitał do „wietrznego miasta”’ nasz wieloletni przyjaciel, specjalista od zwalczania korupcji w Tarnowie i od drenaży polonijnych kieszeni w Chicago. Tym razem wystąpił w roli impresario, proponując „Dni Kultury „Tarnowsko-Dąbrowskiej”.
    Ale po kolei.
    Kilkanaście lat jego ofiarnej walki z hydrą tarnowskiej korupcji przynosiło, niestety, bardzo mizerne rezultaty. Jedynie paru naiwnych polonusów (biję się mocno w piersi) supłało dla niego, od czasu do czasu, kasę, przeważnie podczas jego periodycznych tutaj wizyt. Nie była to żyła złota, ale wystarczyło na pocztówki z wakacji w ciepłych krajach, które regularnie przesyłał nam przez Internet. Zawsze to miło, gdy ktoś o nas pamięta.
    Chyba jednak ta kilkunastoletnia walka musiała zakończyć się w końcu sukcesem i wyplenieniem tej – jakże podłej – korupcji, ponieważ ostatnio jakoś nic o niej nie słychać, a jej zaciekły wróg, zawsze tak elokwentny, nabrał także wody w usta w tym temacie.
    Ja osobiście w tej sprawie nie mogę wiele powiedzieć, wiem jedynie to, co „sparrows” w Chicago i wróble w Tarnowie ćwierkają. Z góry zaznaczam, nie pretenduję do roli wielkiego ornitologa, ot, co nieco obiło mi się o uszy.
    A fama głosi, że po ukręceniu łba (łbów?) tej tarnowskiej Hydrze został on nagrodzony wyjątkowo ciepłą posadką przez starostę Dąbrowy Tarnowskiej i objął stanowisko Dyrektora Centrum Polonii w Brniu. Nagroda ta jest zrozumiała chociażby ze względu na to, że dokonał tego sam jeden, pomimo że zajęło mu to blisko piętnaście lat.
    Jak wiemy, Herakles pokonał swoją Hydrę w ciągu jednego dnia. No, ale naszemu przyjacielowi trochę jeszcze do niego brakuje. Chociaż, oglądając jego napięte bicepsy na tych pocztówkach, myślę, że niewiele.
    Jest to także zrozumiałe i z tego względu, że w Chicago postrzegany jest jako wybitny polski polityk walczący z korupcją (kandydował przecież na posła, na senatora, a nawet i na prezydenta!), to na pewno w Polsce, z racji ciągłych tu wizyt, uważany jest za wybitnego znawcę Polonii. Stąd pewnie to Centrum Polonii…
    Brzmi to nawet dosyć ładnie. Choć „Światowe” brzmiałoby na pewno jeszcze lepiej.
    Pomogło mu zapewne i to, że wszyscy, którzy czytają jego „profile”, które zawsze umieszcza na swoich ulotkach wyborczych, dochodzą pewnie do wniosku, że jedyny Ważny Uniwersytet, którego nasz Pan Doktór Profesor jeszcze nie wizytował na szerokim świecie, znajduje się chyba tylko w Timbuktu, a może też i w Ułan Bator. Chociaż za ten ostatni nie ręczę.
    Dziwi mnie tylko to, że wszędzie tam, gdzie Pan Profesor „wizytował”, znają język polski, bo przecież jest to jedyny, który Pan Profesor zna w miarę dobrze, żeby coś zrozumiałego powiedzieć.
    Za wyjątkiem tak często używanego przez nas słowa „dziękuję”, co mogą poświadczyć nie tylko wróbelki.
    Podczas zeszłorocznej (2009 roku), bardzo szeroko reklamowanej tu wizyty, Pan Profesor usilnie starał się o kontakt z pewną polonijną fundacją, podobno finansowaną między innymi przez Wspólnotę Polską. Widocznie kontakt ten obficie zaowocował, bo jak chodzą słuchy, Wspólnota szczodrą ręką potroiła mu i tak niemałą już pensyjkę Dyrektora Centrum. Jeżeli się mylę w tym temacie na plus lub minus, to będzie to wina tego ćwierkania…
    Można też teraz zauważyć u Pana Profesora radykalną zmianę poglądów na politykę.
    PiS jest już be, nawet bardzo, bardzo be. Natomiast „światowej sławy historyk” Jan Tomasz Gross, czołowy polakożerca, kłamca i oszust historyczny, oraz Pan „Profesor” (również jak i nasz bohater, tylko z własnego nadania) „Nestor Polskiej Dyplomacji”, wyjątkowo ohydny w swoich wypowiedziach i działaniach, Władysław Bartoszewski, zaproszeni zostali do Centrum Polonii na wykład o Holokauście. Pogratulować Panu Dyrektorowi, Doktorowi i Wizytującemu Profesorowi doboru prelegentów oraz tak nagłej, ale – jak widzimy – bardzo intratnej zmiany poglądów!
    Żeby już zakończyć o polonijnych osiągnięciach Pana Profesora, wypadałoby wspomnieć o jego tutaj stosunkowo krótkiej roli „Naczelnego Redaktora” pewnego tygodnika. Zachęceni opowieściami o bombowych materiałach na temat korupcji w Tarnowie i w Polsce, będących podobno w jego posiadaniu, kilkunastu z nas złożyło się po pięć tysięcy i założyliśmy korporację. Znając doskonale warunki, w jakich wydawane było kilka polonijnych pisemek, zaproponowałem skorzystanie z mojego komputera i pokoju w moim domu, ale zostałem przez Naczelnego wyśmiany.
    To samo spotkało kilka moich propozycji na nazwę tygodnika.
    Usunąłem się więc w cień, a Naczelny zaczął z grubej rury. Wynajął kilkupokojowe biuro, zakupił na kredyt cztery drogie komputery, przyjął grafika i zaopatrzył się w dosyć kosztowny aparat fotograficzny. Następnie przez prawie dwa miesiące robił osobiście zdjęcia wynajętym modelkom w celu wykonania winiety pierwszego wydania.
    Miała to być fotografia rzekomo nagiej, młodej, koniecznie bardzo ładnej dziewczyny, zasłaniającej sobie najbardziej intymną część ciała napisem „Naga Prawda”.
    I to miał być bezapelacyjnie tytuł naszego tygodnika.
    Po powrocie z kilkutygodniowej podróży służbowej dowiedziałem się, że w końcu wkurzeni akcjonariusze zadecydowali dużą większością głosów, aby podziękować Naczelnemu i to w trybie natychmiastowym.
    Pan Profesor odwoływał się potem do stanowych agencji, żądając jeszcze jednej tygodniówki należnej Naczelnemu Redaktorowi, którą w końcu daliśmy mu ją sami dla świętego spokoju.
    Obrażony Pan Wizytujący Profesor zabrał swoje „bombowe” materiały, wrócił do Tamowa i znalazł sobie nowych inwestorów na podobną eskapadę.
    Niestety, zakończyła się ona też identycznie jak i ta nasza, po kilku tygodniach.
    Wróćmy teraz do ostatniego wcielenia naszego bohatera w roli impresario.
    Może nie wszyscy to zauważyli, ale mieliśmy w Chicago „Dni Kultury Tarnowsko-Dąbrowskiej” Wraz z zespołem dwu młodych, podobno obiecujących aktorów, amatorów, przyjechał Pan Doktór Profesor (tak zawsze tytułowany przez nich w rozmowach z postronnymi osobami).
    Wystąpili w kilku skeczach pod ogólną nazwą „Ildefonsjada”.
    Kupowałem kiedyś zawsze „Przekrój” między innymi dla Gałczyńskiego, którego humor, unikalny w swoim stylu, pozwalał zawsze na chwilę odprężenia i zapomnienia o wypocinach realizmu socjalistycznego. Ten teatr „Zielona Gęś”, tego się nie da już nawet naśladować. Nie te czasy, nie te talenty, no i nie ten ustrój. Teraz też i wszechpotężna „kasa” na to nie pozwala. I widownia też inna.
    Zakończyło się więc wszystko, zgodnie z przewidywaniami tych, którzy znają możliwości Pana Doktóra i Wizytującego Profesora.
    A może też dla tych młodych ludzi to były za wysokie progi?
    Jeden z tych młodych aktorów wygrał konkurs na opis różnych ordynacji wyborczych.
    Nagrodą był kilkudniowy pobyt na Jamajce, no i oczywiście w Chicago. Pogoda w Krakowie nie pozwoliła mu jednak na terminowy wylot, tak że na Jamajkę pojechał tylko Pan Profesor i nie miał kto przywieźć zespołu do restauracji DIDI w piątek, 3 grudnia, chyba na próbę. Notabene, ciekawe kto zafundował Panu Profesorowi tę kolejną wizytę na tej turystycznej wyspie i czy przy okazji „wizytował” jakiś tam ważny uniwersytet? Znając go dobrze wiem, że lubi łączyć przyjemne z pożytecznym… ale tu ugryzę się w język.
    Co można powiedzieć o samych występach? Pozwolę sobie pominąć ocenę poziomu artystycznego. Jeżeli zaś chodzi o organizację całej imprezy, to była to kompletna klapa, pasująca idealnie do wszystkiego, do czego Pan Profesor kiedykolwiek rękę przyłożył. Szkoda słów.
    Ale na pewno Pan Doktór Wizytujący Profesor Marek Ciesielczyk odtrąbi to w Tarnowie jako jego kolejny sukces. Być może. Chociaż tu po wszystkim podobno sam się uderzył w piersi, tak że my już nie musimy robić tego za niego.
    A szkoda…. Taka przysługa by mu się bardzo przydała.

    PS. Przeglądając Internet natrafiłem na Domy lub Centra Polonii prawie w każdym większym mieście w Polsce. Adresy, telefony, nazwiska prezesów lub dyrektorów, sekretarek, itd., itd. „Wspólnota Polska” musi mieć dużą kasę. Nie tak jednak dużą, żeby coś zrobić dla największego skupiska Polaków za granicą, właśnie tutaj, w Chicago.
    Bo my jesteśmy tylko od dojenia przez takich niektórych polityków, impresario, profesorów… itd. itd.

    Kurier Chicago, 25 lutego – 3 marca 2011, str. 44
    xxx
    Artykuł ukazał się w “Kurierze” w Chicago. Niezrozumiałe jest późniejsze ogłaszanie wystąpień
    “profesora doktóra”Marka Ciesielczyka w tym piśmie.

  23. Zdumiewające! I po takim artykule Polonusi organizują temu hochsztaplerowi odczyty? Jak to jest możliwe? Rzeczywiście, nie rozumiem, dlaczego “Kurier” ogłaszał spotkania z tym indywiduum, skoro wcześniej zamieszczał demaskujące teksty na jego temat. Grubymi nićmi szyta afera. Albo pieniądze.

  24. CENCKIEWICZ O CHABROWSKIM:

    Z lasu za ocean
    Agenturalna przeszłość Tadeusza Chabrowskiego

    SŁAWOMIR CENCKIEWICZ

    Był 7 września 1961 r. w Częstochowie. Świeżo wyświęcony kapłan z Zakonu Świętego Pawła Pierwszego Pustelnika (paulinów), ojciec Wacław (Tadeusz Chabrowski) z Jasnej Góry umawia się z dwoma funkcjonariuszami Służby Bezpieczeństwa. Jest kandydatem na agenta bezpieki. Ze względu na bezpieczeństwo operacji por. Mirosław Rak i mjr Ryszard Puchała proponują ojcu Wacławowi wyjazd do lasu. „Kandydat pozytywnie ustosunkował się do takiego spotkania, zaznaczając, że należy z jego strony zachować ostrożność, ponieważ władze klasztorne zwracają uwagę na ich kontakty z osobami świeckimi” – napisali polscy czekiści w sprawozdaniu. W lesie doszło do umówionej rozmowy. Ojciec Wacław paląc papierosy mówił, że chce wyjechać do Stanów Zjednoczonych. Podkreślał, że „chciałby się oderwać od obecnych władz klasztornych”, że „nie podoba mu się atmosfera, jaka obecnie panuje na Jasnej Górze”. Chaotyczne
    nieco i zbyt ogólnikowe wynurzenia przerwał jeden z oficerów, prosząc o bliższą charakterystykę konkretnych paulinów z Jasnej Góry. Obiecał udzielenie pomocy w wyjeździe za ocean. Ojciec Wacław pomyślał przez chwilę, po czym wyraził chęć przekazania takich informacji. Prosił o czas na przygotowanie się do bardziej konkretnej rozmowy. Funkcjonariusze zgodzili się i ustalili następny termin spotkania.

    Werbunek
    Podczas kolejnych spotkań – 26 września i 12 października 1961 r. – Chabrowski przekazał szereg ważnych informacji o współbraciach z zakonu (m.in. na temat ojców: Salezego Strzelca, Chryzostoma Szewczyka, Romana Bożeja i Lucjusza Terasińskiego). Treść przekazanych informacji została sprawdzona i potwierdzona. Bezpieka uznała go za godnego zaufania informatora, który w przyszłości „może stać się cenną jednostką w sieci tajnych współpracowników”. Od początku jednak bezpiece przyświecał jeden cel – zwerbować Chabrowskiego w celu przerzucenia go do Stanów Zjednoczonych do klasztoru paulinów w Doylestown, w Pensylwanii.
    Okazją było wytypowanie o. Wacława przez jego przełożonych zakonnych do pracy duszpasterskiej w środowisku polonijnym w Ameryce. W związku z tym w kwietniu 1961 r. złożył on podanie o paszport. Pierwsze rozmowy z zakonnikiem prowadził jego dawny kolega szkolny por. Rak. Formalny werbunek Tadeusza Chabrowskiego nastąpił 12 października 1961 r. Wówczas o. Wacław sporządził własnoręczne zobowiązanie do współpracy, do którego dołączył krótki życiorys. W deklaracji o współpracy z SB czytamy: „Zobowiązuję się zachować w ścisłej tajemnicy moją współpracę ze S[łużbą] Bezpieczeństwa. Zobowiązuję się nigdy nie zdradzać Ojczyzny a w wypadku ujawnienia wrogiej działalności przeciwko Polsce L[udowej] będę meldował zainteresowanemu pracownikowi. Dla lepszej konspiracji będę występował pod pseudonimem Leon. T. Chabrowski Leon”. „Nie jest fanatykiem religijnym i w zasadzie w zakonie nie znalazł się z
    powołania” – napisał mjr Puchała, oficer prowadzący „Leona”, wobec którego występował jako „Ryszard Stefański”, a jednocześnie kierownik specjalnej grupy operacyjnej SB w Katowicach rozpracowującej klasztor na Jasnej Górze w Częstochowie.

    Poszukiwany „Leon”
    9 grudnia 1961 r. TW ps. „Leon” wyleciał samolotem do Paryża, a stamtąd do Stanów Zjednoczonych. Przed wylotem mjr Puchała poprosił „Leona” o przesłanie kartki z pozdrowieniami i nowym adresem, co miało oznaczać gotowość do kontynuacji współpracy. Tak też się stało. W styczniu i lutym 1962 r. Chabrowski przesłał dwie pocztówki z nowym adresem w Doylestown. W związku z tym, zgodnie z zasadami obowiązującymi w bezpiece, Tadeusz Chabrowski został wyrejestrowany z sieci agenturalnej Wydziału III Komendy Wojewódzkiej w Katowicach. Jego opiekun z SB napisał w podsumowaniu, że mimo krótkiego okresu współpracy, „Leon” przekazał cenne informacje na temat zakonników, które posłużyły do dalszej pracy operacyjnej.
    Kwalifikacje „Leona” sprawiły, że mjr Puchała poinformował o jego wyjeździe do USA Departament I MSW (wywiad cywilny PRL). Zgodnie z procedurami, Departament I przekwalifikował sprawę TW ps. „Leon” na sprawę kontaktu informacyjnego kryptonim „Leonard”. Wywiadowcy dali czas „Leonardowi” na aklimatyzację w Stanach Zjednoczonych. Postanowili skontaktować się z nim dopiero we wrześniu 1963 r. Z obawy przed amerykańskim kontrwywiadem (FBI) na miejsce spotkania wybrano Rzym, gdzie do października przebywał ojciec Wacław. Jednak w tym czasie okazało się, że „Leonard” zamiast w domu zakonnym w Rzymie, przebywa często w prywatnych mieszkaniach, spotyka się ze znajomymi, a nawet podróżuje po całej Europie. Był tak zaaferowany prywatnymi sprawami, że nie miał nawet czasu na spotkanie ze swoim bratem Stefanem.

    „Chcę być wielki”
    Z teczki „Leonarda” wynika, że raczej nie wiedział on, iż w Rzymie chcą się z nim skontaktować wywiadowcy z SB. Nie orientował się także, że bezpieka cały czas kontroluje jego korespondencję z rodziną, zakonnikami z Jasnej Góry i znajomymi… O wielu tajemnicach „Leonarda” SB wiedziała od agentury w Rzymie i zakonie, w tym zwłaszcza od jego przyjaciela z Częstochowy ojca Celestyna (ekonom generalny zakonu), który również współpracował z bezpieką. Z korespondencji i innych źródeł informacji wynikało, że „Leonard” ma już dość życia zakonnego, jest skłócony z ojcem Michałem Zembrzuskim z Doylestown, prowadzi w zasadzie świeckie życie i zamierza porzucić kapłaństwo. „Rwą we mnie wody, porywa mnie mój własny nurt. Chcę być wielki, walczyć z Kościołem, bo go kocham więcej niż swoją duszę i ciało” – pisał poetycko w jednym z listów.
    Znów pojawił się plan dotarcia do „Leonarda”. Tym razem podjęto ryzyko kontaktu w Doylestown. Sprawę przekazano do realizacji agentowi o ps. „Elita”, który pracował wówczas w Biurze Radcy Handlowego w Nowym Jorku. Później w operację odszukania „Leona” włączył się funkcjonariusz rezydentury wywiadowczej PRL w Nowym Jorku o kryptonimie „Edo”. Bezpiekę interesowały głównie sprawy polonijne – duszpasterstwo oraz organizacje i ich finanse.

    Dekonspiracja „Leonarda”
    Kiedy na przełomie 1963 i 1964 r. lustrowano klasztor i okolice Doylestown w celu organizacji bezpiecznego spotkania z „Leonardem”, z rezydentury wywiadu PRL w Nowym Jorku zbiegł szyfrant Stanisław Szymonik ps. „Ewa”, który oddał się w ręce służb amerykańskich. W Departamencie I MSW analizowano wszystkie dokumenty, sprawy i informacje, do których miał dostęp Szymonik. W wewnętrznego postępowania wynikało, iż Szymonik znał sprawę Chabrowskiego i we wrześniu 1963 r. pisał o nim w szyfrówce wysłanej do Warszawy. W takich sytuacjach w wywiadzie obowiązuje tylko jedna zasada – rezygnacja z całej agentury, którą poznał „zdrajca”. Losy „Leonarda” był więc przesądzone. W 1964 r. uznano, że „Leonard” jest spalony, a jego personalia jako agenta tajnych służb PRL są znane FBI. Postanowiono zatem złożyć jego teczkę w archiwum i nie szukać z nim kontaktu. Jednak za pomocą agentury obserwowano jego
    działania. Z docierających informacji wynikało, że Chabrowski jest otwarty na współpracę z komunistami. Poza tym, jak donosił współpracownik „Kozik” w maju 1967 r., Chabrowski nie ukrywał, że bliżej mu do świeckiego życia niż zakonnego. Ostentacyjnie nie nosił habitu, a ponadto „w bezpośredniej rozmowie potrafi nawet żartować i kpić z wiary katolickiej, jak i zasad panujących w swoim zakonie”. Niedługo później porzucił kapłaństwo, ożenił się i rozpoczął studia na Uniwersytecie Temple w Filadelfii.

    Gotowy do pomocy
    Mimo tylu zmian w życiu osobistym, Chabrowski wciąż myślał, jak pomóc ludowej ojczyźnie. W sierpniu 1971 r. doszło do jego spotkania z oficerem wywiadu w Nowym Jorku. Podczas rozmowy z oficerem o kryptonimie „Kodi”, Chabrowski zaoferował swoje usługi na terenie Stanów Zjednoczonych. Nieco przesadnie akcentował swoje zasługi dla SB i możliwości operacyjne. Powoływał się na swój rzekomo długoletni kontakt z bezpieką. Wyznał nawet, że podczas pobytu w Irlandii, gdzie w latach 1965-1966 studiował na Uniwersytecie Katolickim w Dublinie, bezpieka inspirowała jego wystąpienia telewizyjne. „Leonard deklaruje dalszą współpracę z nami. W jego opinii płaszczyzną mogłoby być jego wykorzystanie na odcinku ośrodków uniwersyteckich. Zgadza się na uplasowanie się we wskazanym przez nas ośrodku uniwersyteckim po uzyskaniu doktoratu” – relacjonował „Kodi”. Jednak SB nie mogła pozwolić sobie na błąd w sztuce.
    Amerykanie doskonale wiedzieli, kim jest Tadeusz Chabrowski ps. „Leonard”, więc jego przydatność agenturalna na terenie Stanów Zjednoczonych była żadna i mogła narazić interesy komunistów na szwank.

    W pierwszej połowie lat siedemdziesiątych Tadeusz Chabrowski mieszkał z żoną Zofią i teściową w małym apartamencie przy Norman Avenue (Greenpoint) na Brooklynie w domu należącym do byłego weterana, Kazimierza Zawalicha. Wtedy to właśnie przyszedł na świat jego syn. Chabrowscy mieli kłopoty finansowe, stąd poeta postanowił się „przekwalifikować” i zdobyć nowy zawód – optyka.
    Jeszcze wtedy nie wykazywał on żadnego zainteresowania Centrum Polsko-Słowiańskim. Potężnym jego wrogiem był wówczas znany działacz endecji, Jerzy Pancewicz, który posiadał rozległe koneksje wśród Polonii, a takze amerykańskich służb specjalnych i który „coś o Chabrowskim wiedział”. Kiedy zaproponowano zatrudnienie Chabrowskiego w Centrum, Pancewicz zdecydowanie i gniewnie zaoponował. Zresztą jakąkolwiek działalność w środowisku zbliżonym do CP-S blokował Chabrowskiemu znany dziennikarz, dr Leszek Szymański, założyciel słynnego pisma Współczesność, którego na krótko zatrudniono w Centrum. Krytycyzm Szymańskiego wobec metod dzialania ks. Longina Tołczyka oczywiście przerwał tę współpracę. Tołczyk zaczął bać się jak ognia wszystkich literatów. Jakakolwiek szansa zatrudnienia w Centrum została przesunięta w czasie. Chabrowski umiał jednak czekać. No i doczekał się.

    W późniejszych latach Tadeusz Chabrowski pozostał lojalnym wobec PRL polonusem i mało utalentowanym poetą, flirtującym od czasu do czasu z komunistycznym konsulatem. Przez długie lata był dla komunistów jedynie „pożytecznym idiotą” (określenie Lenina) „przerzucającym mosty” pomiędzy Polonią a Polską Ludową. Jednak dla antykomunistycznej Polonii był od zawsze jedynie zwykłym oportunistą i „dwustołkowiczem” uzurpującym sobie miano reprezentanta Polonii w kontaktach z Krajem. Niestety, był równie ambitny, co skuteczny, a to z czasem przełożyło się na jego pozycję zawodową i społeczną w środowisku polonijnym Nowego Jorku, które powierzyło mu prestiżowe stanowisko prezesa w Centrum Polsko-Słowiańskim. Szkoda, że mając wciąż tyle do powiedzenia o sobie Tadeusz Chabrowski, eksponując liczne nagrody i dokonania, konsekwentnie zapomina o postaci „Leona”.

Skomentuj

Prosze wpisz komentarz!
Wpisz Imie: